Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 października 2017

Zimowa herbata

Wrzątek. Herbata w torebce. Sok malinowy. Miód. Imbir. Goździki. Kardamon. Cynamon. Limonka. Cytryna.

Fioletowy płonień to mit. Jest tylko praca. Nie ma klątw. Są zbiegi okoliczności. Niewytłumaczalne więc okrzyknięte magią. A jest energia. I przeciwenergia. Wchodzenie w walkę równa się unicestwieniu. Dlatego trzy kroki obok. Nigdy w centrum.

Doskonała sylwetka. Lekki krok. Perfekcyjna twarz. Idealnie zarysowane oczy, nos i usta. Kolor jedyny akceptowalny. Czerń. Bo fioletowy płomień to mit. Czary nie istnieją. Może być niecodzienny splot przypadków. Odpowiednie miejsce i czas. Trąbka Cheta Bakera. Głos Sade. Głęboki smak zimnego burgunda, któremu nie towarzyszy żadne mięso, bo mięso to nie my.

Myśli krążą niczym sępy nad nie do końca padniętą padliną. Myśli niczego nie tworzą. Oprócz kłopotów. Tu i teraz. Jedyna recepta na dobre życie. Choć myśli krążą i krążyć będą. Takie ich myślowe prawo. Najważniejsze to pamiętać, co ważne. I działać. Problem pojawia się w momencie, gdy nic nie jest ważne, albo ważne jest wszystko. Wtedy trzeba podejmować decyzje. A każda decyzja brzemienna jest w konsekwencje. Jednak nie jest odważny ten, kto myśli o konsekwencjach.

Więc może Miles Davis. Albo jeszcze dalej... John Zorn. W ostatecznej ostateczności Lauri Anderson. Jestem panną nikt. I wcale mi z tym dobrze. Nie, nie zrozumiesz tego. Nie, nie chcę tłumaczyć. Przecież nie zrozumiesz. Panna nikt jest nikt. Nikt nie myśli o niej poważnie. Nikt jej nie pamięta. Nikt nie umie powiedzieć jak wygląda i co ostatnio powiedziała. Nikt to nikt i koniec pieśni.

Ale gdy wspominasz ten obrazek, te oczy i słowa, to czujesz czy nie czujesz? Jesteś czy wydaje ci się jedynie, że bywasz? Twój umysł odtwarza, czy tworzy? I z czym ci bardziej do twarzy? Kolejny sms. Brak możliwości interpretacji. Nie widać spojrzenia. Nie widać myśli. Nie widać gestów, ani skojarzeń. Wspomnienie. Spotkania. I poprzedniego życia. Gdy nikt nie myślał o konsekwencjach. Gdy nie było lęku. Gdy myśl oznaczała działanie. Człowiek był piękny i młody. I brał wszystko, co tylko chciał. Cierpiał. I był szczęśliwy. Nie zastanawiał się dlaczego lata tak wysoko. Nie analizował dlaczego boli go tak bardzo. Po upadku wstawał i szedł dalej, jakby nigdy nic. Wszystko było naturalne. Normalne. Zwyczajne. Życie. Takie życie. Wzruszenie ramionami i robimy swoje. Bo po co zatrzymywać się przy czymś, czego i tak zmienić nie można.

Od A do Ż. Ironia losu. Chichot ponurego żniwiarza. Od A do Ż. W jakim celu? Żeby pamiętać? Żeby się torturować? Wywracać bebechy do góry flakami i układać w nowym porządku? Czy żeby nie zapomnieć kim naprawdę jesteś? Bo przecież świat tak bardzo tnie i wyrównuje, nawet w patologii tworzy normę. Nie umie inaczej. Więc od A do Ż. Tam i wtedy. Tu i teraz. Bez znaczenia w kontekście planów. Z giga ciężarem bolącego serca. Choć nie ma magii. Więc to pewnie tylko nerwobóle.

Tak. Jesteś piękny. Tak. Jesteś intrygujący. Tak, chcę słuchać twoich opowieści. Chcę zadać milion pytań. Co mnie powstrzymuje? Lęk przez interpretacją? Strach przed odrzuceniem? Co za różnica... nie pierwszy, nie ostatni. Tęsknota za bliskością. Wątek, który przeplata wszystko inne. Tęsknota za bliskością, bo człowiek to istota stadna. Dlaczego więc twoja dziewczyna nie zapewnia ci tej mitycznej bliskości? Pamiętaj, nie ma czarów. Bierzesz, albo jest ci zabrane. Więc pytam. Raz po raz. A ty mówisz. I czas płynie. Nieubłaganie. Dzwoni budzik. Koniec. Bo nie ma czarów. Jest wolność. Którą sami sobie odbieramy. Na własne życzenie ułomnego poczucia bezpieczeństwa.





czwartek, 21 września 2017

Patrzyłeś

Patrzyłeś
Od góry do dołu
I z dołu do góry
Mierzyłeś
Wzrokiem
Błędnym
Bezbłędnie

Odejdę
Bo zawsze odchodzę
Po gorących pocałunkach
Ogrzana
Twoim ciepłem
Utulona
Twoim rytmem


Czy się jeszcze
Kiedykolwiek
Spotkamy
Czy nie uniesiesz
Braku wyłączności
Gorącej wolności
Nieprzewidywalności






niedziela, 30 października 2016

Żałoba

Ostatnia szklanka. Obydwie butelki już puste. Ostatnia po raz tysięczny. Ostatnia raz na tydzień, raz na dzień, raz na popołudnie. Szklanki są legalne. Choć brown działałby lepiej. Dużo lepiej. Lecz strach. Jego oczy, dwie przepaście kiedy siedział u jej stóp. A później ból. Jeden, drugi, milionowy... Opustoszały brzuch. I strach. Rodzina boli. Mężczyzna boli. Kobieta boli. Dziecko boli. Boli kot. I boli pies. A w kuchni spokój. Rozpiąć ciało na ze stali chirurgicznej rusztowaniu. I przeciąć na pół jednym, szybkim ruchem samurajskiego miecza. I wypluć cały ten ból. Nie ma rusztowania. Nie ma miecza. Więc balkon. Lub dach. Daleko za nisko. Za blisko za wysoko. Tak bardzo nieestetycznie. Strach przed zamknięciem oczu. We śnie nie ma kontroli. Bez kontroli strachy zamieniają się w demony. Własnego umysłu. Zdjąć głowę. Zanurzyć we wrzątku. Ugotować demony. Zedrzeć skórę. Zanurzyć w chloraminie. Usunąć brud pamięci. Zeskrobać nos. Wyrzucić do śmieci i nigdy już nie czuć żadnego zapachu. Nie prowokować hipokampu. Zalać uszy betonem. Niech nie słyszą dźwięku gitary, basu i bębnów. Wyrwać język. Niech nie tęskni za innymi językami. Nie wydźwięczy tego, co nie-nazwane. Oczy wyłyżeczkować. Niech nie szukają porozumienia innych oczu. A serce do lodówki. Gdy wokół same truchła, po co ma się kurczyć i rozprężać. Każdy cierpi tak samo. Choć każdemu wydaje się, że jest tak niesłychanie niepowtarzalny. Wszystkie historie są jednakowe. Choć każdej wydaje się, że jest tak ogromnie oryginalna. Chmury na czarnym niebie i nawet jeśli śmierć będzie wróżbą. Ale śmierć? Gdy umrze czy gdy żyje? Wywlec wnętrzności i przykleić do ściany klejem kropelka. Opuszczeni w pół drogi. Zdradzeni i porzuceni. Obsikani przez bezdomne psy. Poszarpani przez piwniczne szczury. Potrąceni przez pijanych kierowców. Zdeptani przez panie w kapeluszach i panów z aktówkami. Popękani. Nadwerężeni. Strach przed dotykiem. Strach przed spojrzeniem. Zbyt głośny śmiech. Zbyt głośne słowa. Zbyt szerokie gesty. Byle nie było widać. Coraz szeptem. Bardzo boli. Bardzo chcieć . Bardzo strach. Rodzina boli. Omijać z daleka. Nie naruszyć przestrzeni. Podglądać. Spoglądać. Zaglądać. I zobaczyć. Choć widać nic. Pusto tu tak. Cicho tu tak choć muzyka na cały regulator. Wątroba mówi stanowcze nie. Niegrzeczne melodie. Z gardła wychylają swoje niecierpliwe języki prasmutne jaszczury. I jeszcze raz. I jeszcze dalej. I jeszcze głębiej. Bo głębiej się nie da. Więc głębiej. Następna dziura w mózgu. Organizm sam wie co dla niego najlepsze. Społeczeństwo nie powinno mieć prawa ingerowania w chorobę. Jednym dane jest zdrowie. Innym dany jest obłęd. Tańczyć do utraty tchu. Śpiewać do utraty głosu. Grać do krwi. Walić głową w ścianę. Oblizywać krew z warg. Nie uśmiechać się na zawołanie. Płakać na ulicy. Najgorsi z najgorszych. Nikt spoza kręgu nie usatysfakcjonuje. Krąg kurczy się kilka razy do roku. Nie... nie teraz... teraz niech tu zostanie, niech nie odchodzi, nie teraz, rozumiesz, nie teraz i nie jutro ani za 38762 dni. Nie ma czasu na umieranie. Nie ma siły na życie. Kostucha cieplejsza niż najcieplejsze dłonie menedżera. Wszystko przemija. Rzucony sępom na pożarcie. Jak nakazuje tradycja. Żar reflektorów. Strużka potu spływająca śmiało po plecach. Ekstaza. Katharsis. A wszystko na siłę. Bo głowa musi być wysoko. Opadnięta niczym wczorajszy mlecz wywołuje torsje daleko najbliższych. Kopniak w dupę. Strach. Pion. Strach. Pion w strachu ile jest wart. I kto tu kogo oszukuje. Wyrzuceni na ten świat wbrew własnej woli. Lojalni do szpiku kości. Nikomu niepotrzebnych kilkoro bohateiros. A czyja to twarz? Tak, ta na drugiej półce... no ta, ta... naprzeciwko pani dłoni... A, nie wie pani... A ile kosztuje? Acha... No cóż... Może kiedyś... Do widzenia... Szklana szyba. Pancerne pleksi. Byle czuć nic. Bo czuć to boli. A boleć już za dużo. Obwąchiwanie z daleka. Na blisko może kiedyś. Może jakoś. Może nigdy. A może powoli. Niech nie boli. Niech nie czuje. Starość cię obdarzy garbem. Na nic zda się moc potężna. Światłość nie oślepi. Desperacja uratuje. A brzuch niech pusty pozostanie. Bo nie ma prawdy ani kłamstwa. Jest strach. I ból jest. Niezgoda na porządek. Bunt przeciwko funkcjonowaniu. Ostatni łyk z ostatniej szklanki. Teraz już tylko zmiażdżyć ją w dłoni i zjeść. Na pohybel porywom kulawego serca.




czwartek, 15 września 2016

Black

Black, ostatnia historia związana z J., to jeden z tych tekstów, które napisały się same. W języku angielskim. Nagle. Po prostu. Bez ważenia słów. Co ciekawe, gdy go przed chwilą tłumaczyłam, też stało się to po prostu. Bez ważenia słów. Takie sytuacje nazywam sztuką. Bo sztuka to przejaw absolutu w naszym ziemskim życiu. 

BLACK

his hand on my stomach my finger on his lips
it’s dark… and getting darker
my sweat on his neck his tongue in my ear
thrill… that let us breath

            his deep black eyes
            with sparkling white ice
            leaving my heart
            with burning mark

my hand on his cheek his lips on my knees
flash… that goes so deep
he’s fading away my tears in his eyes
we’ve been one… just for a while

his deep black eyes
            with sparkling white ice
            leaving my heart
            with burning mark 


CZERŃ

jego dłoń na moim brzuchu, mój palec na jego ustach
jest ciemno, będzie jeszcze ciemniej
mój pot na jego karku, jego język w moim uchu
dreszcz, który pozwala nam żyć

głębia jego czarnych oczu
pobłyskujących białym lodem
wypala w moim sercu
płonący znak

moja dłoń na jego policzku jego usta na moich kolanach
błysk, który dociera najgłębiej
jego obraz znika, moje łzy w jego oczach
byliśmy jednym, przez chwilę

głębia jego czarnych oczu
pobłyskujących białym lodem
wypala w moim sercu
płonący znak





piątek, 26 sierpnia 2016

Warsaw - New York

J. był muzykiem z NYC. Zakochałam się w jego głosie, tekstach i oszczędnym korzystaniu z gitary. Utopiłam się w jego czarnych oczach. Dałam zaczarować przepięknemu uśmiechowi. 

Podczas koncertów widać było, że bardziej pasowałby do Europy. Ale nie chciał tu zostać. Zawsze mówił, że jego dom jest w USA. A szkoda... 

Z jego okazji powstało bardzo dużo wierszy. Zaprezentuję trzy, które weszły do materiału "Tylko smutne piosenki". 

"Warsaw - New York" to piosenka o tęsknocie. Tęsknocie za bliskością, ciepłem... dziś powiedziałabym, że po prostu za oksytocyną. Bo kiedy jej brakuje, nic tak naprawdę nie jest ważne. Nic nie jest w stanie dać nam choć odrobiny radości. Wszystko jest puste, szare i często pozbawione sensu. 

Warsaw - New York

i don’t know if that’s grey november sky
or that’s famous november rain
or that smooth bitch insomia
one of my best friends

            i don’t know

but I don’t care about beaujolais nouveau
and I don’t care about guns in brixton
and I don’t care about the stage play
that I should star in tonight

            i don’t care

my fingers are blood coloured
juniper’s exploding in my mouth
diamond sharp tears are ripping my eyes and cheecks
i miss him… like hell

i miss him

those twinkles in his black eyes
and delight that comes with his wide smile
and his voice that reaches
the innermost recesses of my soul

            i miss him

            like hell… and in hell I am four thousands miles away




wtorek, 2 sierpnia 2016

Ten Pan

Był piękny, młody, inteligentny i silny. Trenował karate. Bardzo trenował karate. Nazwijmy go więc Karateką. Ja go chciałam. On mnie nie. To znaczy nie wiem do końca czy nie, tak samo jak nie wiem, czy on wiedział, że ja go chcę tak naprawdę. Może gdybyśmy po prostu porozmawiali... Ale nie porozmawialiśmy. Miał dziewczynę. Gdy na nich patrzyłam, nie wierzyłam. Może jednak odrobinkę mu zawróciłam w głowie? I dlatego nie mógł się na niej wtedy skupić? Na jego temat powstało kilka wierszy. Tysiące esemesów. I dwa maile. To pierwszy wiersz... lekki, łatwy i przyjemny, jak początek naszej znajomości, w której do końca zwracaliśmy się do siebie per "Pan" i "Pani".

Ten Pan

ten pan taki sam
choć dłoń jej w dłoń jego wpleciona
ten pan taki sam
wzrok daleko i twarz zamyślona

ten pan taki sam
czemu sam jest ten pan
czy ten pan chce być sam
czy to nie ta narzeczona

ten pan taki sam
choć dłoń jej w dłoń jego wpleciona
ten pan taki sam
wzrok daleko i twarz zamyślona

ten pan taki sam
czemu sam jest ten pan
czy ten pan ma już plan
gdzie jest jego młoda żona

ten pan taki sam
choć dłoń jej w dłoń jego wpleciona
ten pan taki sam
wzrok daleko i twarz zamyślona




czwartek, 24 marca 2016

Może jednak - opowiadanie

Idziesz czasami i niby myślisz, a tak naprawdę nie myślisz. Idziesz i jesteś tym iściem, chodzeniem, ulicą, miastem. A czasem nawet nie idziesz tylko unosisz się lekko, bez poczucia chodnika, podeszwy, obcasa, nadwagi i biustu. 

Kosylin szła więc bezmyślnie choć nie bezrefleksyjnie. Była każdym krokiem, każdym dźwiękiem, każdym mijanym przechodniem. Odbicia w wielkich szybach wystawowych domów dawniej centrum zlewały się w jeden przemijający obraz. Zatrzymała się przygnieciona nagłym objawieniem powracających wspomnień. Spojrzała jeszcze raz. Nie wierzyła więc musiała sprawdzić. Była przekonana, że to odbicie odległego zakątka jej mózgu, a nie realna postać zarysowana na szybie. Ale postać przemieszczała się, choć nie tak energicznie jak powinna. Kosylin odetchnęła głębiej. Musiała podjąć decyzję: spotkać się z postacią czy iść swoją drogą, chowając postać tam skąd przyszła czyli ze śmierdzących naftaliną, ciemnych i ciasnych zakątków pamięci. 

Znasz to uczucie kiedy chcesz wiedzieć ale ślizgasz się po czymś niedookreślonym. Wydaje ci się, że już łapiesz odpowiedź, ale ona umyka niczym swawolne mydło w zbyt ciepłej kąpieli. Stała więc potrącana przez pospiesznych i ważyła. Jeśli tak, to wszystko wróci. Jeśli tak, to może zaboleć. Jeśli nie, to nigdy się nie dowie czy może jednak by zadziałało czy nie. Jeśli nie… Tak. Definitywnie tak. Odwróciła się. Rozejrzała bardzo uważnie. Nie zobaczyła w pierwszej chwili nikogo, kto mógłby przypominać postać w szybie, która uruchomiła potok wspomnień i unieruchomiła Kosylin na środku ruchliwego chodnika. Zaczęła iść szybko, coraz szybciej, kiedy przypomniała sobie, że pośpiech jej nie pomoże. Pomóc mogła tylko uważność i skupienie. Tak jak wtedy kiedy szukasz kluczy. Gdy się miotasz, nic z tego nie wynika. Gdy staniesz, zamkniesz oczy, przypomnisz sobie każdy, najmniejszy gest - dochodzisz z tymi zamkniętymi oczyma do miejsca, gdzie leżą klucze. Tak po prostu. 

Wzięła kolejny głęboki oddech. Nie bała się hiperwentylacji. Od 20 lat ćwiczyła jogę i medytacje. Oddychanie miała opanowane lepiej niż politycy kłamstwa. No więc wzięła ten kolejny głęboki oddech i krokiem prawie tak szybkim jak trucht ruszyła w przeciwnym niż dotychczasowy kierunku. Nie patrzyła w tłum. Wiedziała, że jest zbyt duży, zbyt pospieszny, zbyt homogeniczny. Patrzyła na szyby wystawowe. Po chwili zauważyła ją. Lekko przygarbioną. Chwila zatrzymania. A jeśli się myli? Nie… Szła dalej. Postać skręciła w Chmielną. Ona za nią. Wciąż nie mogła jej zobaczyć między ludźmi. Wyszukiwała odbicia w szybach mijanych sklepów. Czuła się coraz cięższa. Wiesz jak to jest. Coraz więcej myśli, a każda coś tam waży. Zamiast ulatywać i robić miejsce kolejnym zostają i zaczynają się tłoczyć niczym Japończycy w metrze w poniedziałkowy poranek. 

Tuż przed przejściem przez Nowy Świat postać zniknęła. Kosylin jednak nie zatrzymała się. Przeszła na drugą stronę, skręciła w kierunku Ronda de Gaulla i szła dalej. Nie wiedziała dokąd idzie, dopóki nie stanęła przed częściowo już odremontowaną kamienicą, w której kiedyś spędziła ostatnie chwile z umierającym przyjacielem. Chociaż, czy wiesz kiedy ktoś jest umierający gdy normalnie funkcjonuje, baluje, śmieje się i pieprzy? Pewnie nie. Nie da się tego zauważyć ot tak, po prostu, przy okazji imprezy. Umieranie to łóżko, choroba, szpital. Nikt nie widział, że kilka tygodni później Samika już nie będzie. A określenie przyczyny zgonu okaże się niemożliwe. 

W każdym razie Kosylin była zaskoczona faktem zatrzymania się przed tą kamienicą. Kątem oka zauważyła coś w oknie na drugim piętrze. Wbiegła na podwórze, otworzyła drzwi po lewej stronie i pokonując po kilka stopni naraz, w ciągu niespełna minuty znalazła się przed uchylonymi drzwiami. Weszła do środka. Jej wejście miało w sobie coś ze scen filmowych, kiedy główny bohater przybywa na miejsce swojego przeznaczenia. Wie, że nie wydarzy się nic dobrego, ale wciąż ma nadzieję. Wchodzi, a widzowi stają włosy na karku lub dostaje gęsiej skórki na rękach. Ewentualnie może jeszcze przeszyć go epicki dreszcz. 

Kosylin stanęła na progu ogromnego pomieszczenia. Nie było tu żadnych ścian działowych. Wysokie okna na ścianie po prawej stronie i na wprost wpuszczały całe światło słoneczne, które miało na to ochotę. Złote klamki tworzyły jedność z pozłacanymi stiukami. W najbardziej odległym kącie leżał materac ze wzburzoną pościelą. Tuż obok stały sztalugi z blejtramem zasłoniętym białym materiałem. Nigdzie nie widać było śladu farb. Nie czuć też było ich zapachu. Na ścianie po lewej widać było zarys dwóch par drzwi. Kosylin pomyślała, że muszą prowadzić do łazienki i kuchni. Parkiet z palisandrowej klepki zdobiony był rozetami z drewna acajou. Drzwi wejściowe zamknęły się. Kosylin podskoczyła, po czym pomyślała, że jest koszmarnie głupia. Ani to film, ani Ameryka, ani ona nie jest nie wiadomo kim. No może idiotką, która wchodzi bez pukania do nie swojego mieszkania. Gdy chciała się odwrócić i wyjść, drzwi na ścianie po lewej, te bliżej niej, otworzyły się. Zobaczyła zarys postaci, za którą szła. 

- Co tu robisz? – zapytał Mac. 
- Nie wiem. – powiedziała Kosylin, którą uderzyła bezbarwność głosu Maca. – Zobaczyłam cię na Marszałkowskiej i przyszłam tu za tobą. 
- Nie byłem dziś na Marszałkowskiej. 
- Słucham? – Kosylin nie wiedziała czy jej stary znajomy żartuje, czy chce ją sprowokować, czy może się przesłyszała. 
- Nie byłem dziś na Marszałkowskiej. Wczoraj też nie byłem. Nigdzie nie byłem od… - zawahał się przez chwilę. - …od kilkunastu miesięcy. 
- Nie rozumiem. – Kosylin czuła, że przestaje panować nie tylko nad sobą, ale i nad otaczającą ją rzeczywistością. Jakby wyśmiewała ją, znikała, pojawiała się z tyłu, krzyczała wielkie „kuku” i znowu pojawiała się gdzieś na suficie na przykład. Znasz to poczucie? Czasem przychodzi na kacu gdy człowiek jest kruchy i cenny niczym chińska waza z okresu dynastii Ming. A czasem gdy wejdziesz w wymyślony przez pisarczyka świat, jesteś tak bardzo tam, a matka woła, że kartofle i kotlet już na stole. 

- Czego nie rozumiesz? 
- Nie rozumiem co do mnie mówisz. To znaczy rozumiem słowa, ale nie rozumiem znaczenia. Jak to nigdzie nie byłeś od kilkunastu miesięcy? A twoja praca? Twoja kancelaria? Twoja żona? Twoja córka? Twój motor?
 - Żona odeszła i zabrała córkę. Zabrała też wszystkie rzeczy, ale te nigdy nie były mi do niczego potrzebne. Kancelaria się toczy. Ja nie-żyję. 
- Jak to nie żyjesz? 
- Nie-żyję. Nie mogę żyć bez mojej córki. 
- Ok… Teraz rozumiem. I nigdzie nie wychodzisz? 
- Nie. 
- Skąd masz jedzenie? 
- Nie mam. Matka przychodzi malować mój portret trumienny. 

Kosylin otworzyła usta, żeby zapytać wielkie CO, ale zamknęła je nic nie mówiąc. Postanowiła zrobić coś na kształt podsumowania. Mac został sam w swoim wypasionym na adwokackiej działalności mieszkaniu. Miał depresję. Nigdzie nie wychodził. Matka Maca była z wykształcenia mikrobiologiem. Pracowała na uniwersytecie. Kosylin nigdy wcześniej nie słyszała, żeby cokolwiek malowała. Ale ludzie z wiekiem wchodzą w nowe hobby. Nie ma się co dziwić. Ale dlaczego portret trumienny? Dlaczego nie po prostu portret? Dlaczego nie zatrudniła jakiegoś psychologa? Dlaczego nie ratowała swojego syna? Przecież zawsze był jej oczkiem w głowie. 

- Dlaczego twoja matka maluje akurat portret trumienny? 
- Bo wie, że niedługo umrę. Chce go mieć na wieczną pamiątkę. 
- Nie może ci zrobić zdjęcia? 
- Nie wiem. Musisz z nią porozmawiać. 
- Nie wiem czy ją spotkam. 
- Przychodzi tutaj. 
- No wiem. Mac… - Kosylin nie wiedziała, co ma powiedzieć. Wiedziała, że coś chce, ale nie umiała tego zwerbalizować. – Mac…  Mac patrzył na nią lecz jakby patrzył obok. 
- Jestem zmęczony. Muszę się położyć. 
- Dużo leżysz? 

Mac powoli podszedł do materaca. Usiadł na nim, a po chwili położył się układając sobie zwiniętą kołdrę pod głowę. Miał na sobie niezidentyfikowane spodnie do pół łydki, rozciągnięty, spłowiały t-shirt. Zniknęła muskulatura wypracowana przez lata obłąkanych ćwiczeń. Czarne, krótko strzyżone zazwyczaj włosy zastąpił siwiejący natłok prawie dredów. Policzki miał zapadnięte, a błyszczące kiedyś oczy, które tak ją zaczarowały, były szare, a może nawet żadne. Ale mimo to, a może właśnie dlatego, Kosylin nie chciała wyjść. Poczuła, że może to jest ten czas kiedy ich drogi znowu się połączą i już nigdy nie rozłączą. Mieli za sobą dwa burzliwe związki. Jeden zakończony jej nieziemskim wrzaskiem, o tym jak bardzo go nienawidzi. Drugi zakończony jego trzaśnięciem drzwiami i oskarżeniem o komercję, gdy powiedziała, że wyjeżdża na rok do Hong Kongu bo to pozwoli jej na karierowy skok wprost na stanowisko odpowiednio zarabiającego CEO. 
- Nie wiem. – Mac zamknął oczy. 
- Mac… Czy mogę coś dla ciebie zrobić? 
- Nie wiem. 
- Jeśli jest tak jak mówisz, to jakim cudem tu trafiłam? Tak, wiem, powiesz, że nie wiesz. Ja też nie wiem i mnie to przeraża. Bo może to znak. 
- Znak? 
- Znak… że jesteśmy dla siebie, albo… 
- Nie jesteśmy dla siebie. Spieprzyliśmy sprawę. Masz dzieci? 
- Nie… 
- Ja miałem córkę. 
- Wiem.  
- Najpiękniejszą córkę na świecie. Najmądrzejszą i najlepszą. Wyglądała jak milion dolarów. Wystarczyło, żeby spojrzała na jakiś tekst i już go umiała. Mówili, że ma autyzm. Ale ja z nią normalnie rozmawiałem. I przytulała się do mnie. Śmiała się. Biegała. Skakała przez skakankę. Graliśmy w siatkówkę i babingtona. Rozumiesz? 
- Rozumiem. 
- A teraz jej nie ma. Zamknęli ją. Zabrali. Prawa. Wszystko. 
- Dlaczego? 
- Nie wiem. 
- Wiesz… Mac, doskonale wiesz. Powiedz mi. Może ci to pomoże. Może jak zaczniesz mówić to wstaniesz i będziesz walczyć. W niczym nigdy nie byłeś tak dobry jak w walce. 
- Nie ma jak walczyć. Już. Nie. 
- Mac… błagam cię… Kosylin usiadła na materacu. Schowała głowę w dłonie. Chciała nie-być. Jedni mówią, że „zapaść się pod ziemię”. Ale ona nie chciała się zapadać. Chciała nie-być w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie radziła sobie. Nie umiała podnieść tego, co usłyszała. Nie rozumiała. Czuła pulsowanie w uszach i w nadgarstkach. Pulsowanie narastało. Czuła się tak, jakby jej naczynia krwionośne miały zaraz eksplodować. 
- Mac – szepnęła. 
- Nie mów nic. Połóż się koło mnie. 

Kosylin położyła się koło Maca. Wzięła go za rękę. Pulsowanie powoli odpuszczało. Gdy otworzyła oczy było zupełnie ciemno. Mac leżał dokładnie tak samo jak wcześniej. Oddychał równo. Ale jego twarz nie przypominała twarzy śpiącego, odpoczywającego człowieka. Była napięta do granic możliwości, lekko wykrzywiona grymasem cierpienia. Kosylin zaczęła się zastanawiać czy Mac nie czuje się gorzej gdy śpi. Kiedy z nim rozmawiała jego twarz była pozbawiona emocji. 

- Mac! – dotknęła jego ramienia. – Mac, obudź się. – Mac się nie poruszył. Wciąż spał i wciąż miał ten sam wyraz twarzy, jakby przez cierpienie chciał doznać zbawienia czy innego oświecenia. - Mac! – powiedziała głośniej i nachyliła się. Poczuła jego oddech na swoim policzku. Zastygła. Bardzo delikatnie położyła rękę na jego brzuchu. Nie ruszał się. Nie budził. Tak jak 24 lata wcześniej dotknęła jego penisa. Wtedy był twardy i gotowy. Miał 16 lat i cały świat do niego należał. Teraz go w zasadzie nie było. Kosylin nie wykonała żadnego gestu. Wydawało jej się świętokradztwem rozpalanie człowieka, który z miłości do swojej córki postanowił umrzeć. Z drugiej strony tak bardzo chciała go poczuć jeszcze choć raz, nawet jeśli miałby to być ostatni raz w jego życiu. Przez ułamek sekundy przemknęła jej myśl o nekrofilii. Ale on przecież żył choć chciał umrzeć. Ale żył. Choć może niekoniecznie. Bo jeśli nie było go na Marszałkowskiej to kto ją tu przyprowadził? Może leży martwy od dłuższego czasu, a ona rozmawia z jego duchem i dotyka jego truchła? Czuła jego oddech. Brzuch podnosił się i opadał miarowo. Ciało było ciepłe. Tylko fiut minimalny. Zabrała rękę. Przejechała palcem dookoła pępka i usiadła na skraju materaca. Nikt na nią nie czekał. Mogła zostać tak długo jak chciała. Może powinna wyjść na ulicę, kupić coś w okolicznej knajpie, zacząć go karmić i wypełniać pozytywnymi myślami. Może powinna wyjść na ulicę i pobiec ile sił w nogach do domu, pod prysznic, zmyć z siebie jego nieszczęście, upić się na umór i zapomnieć na wieki wieków amen. Myśli kłębiły się w głowie. Nie często pojawia się za dużo rozwiązań. Choć musisz przyznać, że w sytuacjach ważnych lecz nie ekstremalnych rzeczywiście jest ich za dużo, przez co z każdą sekundą coraz trudniej podjąć decyzję. Wciąż wyskakują nowe. Jak krosty w czasie ospy. A ty patrzysz, gencjanujesz i zastanawiasz się: ile jeszcze? Jak długo jeszcze? Może jednak już wystarczy? Hej, halo! 

Wstała. Z ulicy dobiegały głosy roześmianych, piątkowych, imprezujących ludzi. Przeciągnęła się. Spojrzała na Maca. Poświata latarni delikatnie oświetlała jego twarz. Wciąż nieszczęśliwą. Wciąż pełną bólu i niespełnionego cierpienia. Poczuła, że chce jej się pić. Jeśli drzwi bliżej wejścia były drzwiami do łazienki, a powinny być, bo jeśli Mac nic nie jadł to nie miał po co chodzić do kuchni, to te dalej powinny być drzwiami do kuchni. Choć w zasadzie te bliżej też mogły prowadzić do kuchni bo Mac musiał coś pić. No i nie wyglądał na takiego, który od kilkunastu miesięcy nic nie je. Chyba, że żywił się wspomnieniem miłości i rozpaczą. Kosylin ostrożnie, na palcach podeszła do dalszych drzwi. Otworzyła je i zobaczyła wielką ciemność. Poszukała dłonią kontaktu. Włączyła światło, które zakuło ją w oczy. Po chwili zorientowała się, że jest w przepięknej kuchni, pełnej pachnących owoców i warzyw. Doszła do wniosku, że to sen. Nalała sobie szklankę źródlanej wody dostarczanej tylko bardzo wybranym ludziom z miasta. Smakowała rewelacyjnie. Doszła do wniosku, że to jednak nie sen. We śnie woda nigdy nie smakowała. Nic nie smakowało. Jej sny były płaskie i bez wyrazu. Zaczęła się zastanawiać czy Mac ją okłamał. Bo jeśli nie wychodził, to skąd w jego kuchni świeże owoce? Idiotka… z firmy dystrybuującej wodę. Pewnie miał abonament z dawnych czasów. Przyjeżdżali w godzinach pracy, wchodzili, nie zauważali go leżącego na materacu, bo zazwyczaj nie widzi się tego, czego się nie spodziewa, wynosili co mieli do wyniesienia i zostawiali, co mieli do zostawienia. To by tłumaczyło fakt, że nie umarł z głodu. Żywił się owocami i warzywami. Pił wodę źródlaną. Matka pewnie przynosiła mu jakieś węglowodany i może mięso. A może nie. Może idea matki przychodzącej malować jego portret trumienny to efekt przemęczenia i stresu. Westchnęła głęboko. Po cholerę zastanawiała się na logistyką owocowo-źródlaną gdy w pokoju obok Mac nie-żył. Powinna pomyśleć jak go ożywić. Może załatwić mu spotkanie z córką. Może to dobry pomysł. Kosylin postanowiła, że rano namierzy jego córkę. Miała różne znajomości, z których w zasadzie prawie w ogóle nie korzystała. Tym razem sprawa była na tyle ważna, że nie wahała się przed jutrzejszym uruchomieniem ziemi, nieba a nawet piekła, jeśli trzeba będzie. Nie mogła pozwolić, żeby Mac tkwił w tym stanie. Usłyszała kroki na klatce schodowej. Zatrzymały się blisko drzwi. Drzwi, których nie zamknęła na żaden zamek. Ale drzwi nie otworzyły się. Stała nieruchomo. Nic się nie wydarzyło. Zero akcji. Zero dźwięków. Więc co się stało z osobą, która przyszła pod drzwi? Stała tam? Czy zdjęła buty i odeszła na paluszkach? A może to nie były kroki. Może to jej głowa generowała cokolwiek bo cisza była rzeczywiście piorunująca. Wszystko jedno. Kosylin musiała natychmiast udać się do łazienki. Wyszła więc z kuchni i otworzyła drugie drzwi. Łatwo znalazła kontakt. Wcale się nie zdziwiła widokiem marmurów, jacuzzi, fotokomórek i świeżych róż. Świeże róże w łazience umierającego z tęsknoty człowieka. Cóż za ironia losu…  Kosylin miała ochotę napełnić wannę ciepłą wodą i zanurzyć się w ozonowych bąbelkach. Ale znowu poczuła, że to nie będzie fair w stosunku do Maca. Na przyjemności jeszcze przyjdzie czas. Wyszła z łazienki, cichutko przeszła przez pokój i położyła się na materacu. Zaplotła swoje palce wokół palców Maca. Miał takie delikatne dłonie. Kiedyś były szorstkie i mocne. Dużo ćwiczył. I na siłowni i sztuki walki. Zajmował się też swoim motorem. Teraz bardziej przypominały ręce biurowego wymoczka. Kosylin zamknęła oczy. Postanowiła, że jutro ruszy do życia. Znajdzie jego córkę. Znajdzie mu terapeutę. Wyrzuci na śmietnik portret trumienny, który jak podejrzewała stoi na sztalugach. Bo przecież to wszystko nie mogło wydarzyć się bez powodu. Powodem było do trzech razy sztuka. I ten raz będzie ich ostatnim i na zawsze. Już się nie opuszczą. Ani w chorobie, ani do śmierci. Na zawsze razem. Bo choć człowiek to złączy, to człowiek w swojej dojrzałości niczego nie będzie rozłączać. 

Pani Dębińska herbu Rawicz błogosławiła dzień, w którym zapadła cisza. Najpierw myślała, że ogłuchła. Niemożliwe, żeby tak z dnia na dzień ustały skoki, śmiechy, chichy, szurania, walenia i te wszystkie inne dźwięki dochodzące zza ściany. Modliła się o ciszę i cisza została jej dana. Po chwili doszła do wniosku, że wcale nie ogłuchła. Słyszała ptaki za oknem, odległe burczenie autobusów i no siebie słyszała doskonale. Dzień wcześniej hałasy nasiliły się. Kulminacją był wrzask tej dziewczynki. Taki wrzask jakiego nawet w filmach horrorystycznych, na które trafiała skacząc po kanałach w kablówce, nie uświadczyła. Następnego dnia obudziła ją cisza. I trwała nieprzerwanie aż do dziś. Dziś też było cicho. Więc to nie tak, że nagle pojawił się hałas. Nic nie pojawiło się nagle, ale sączyło się minimalnie, by dziś osiągnąć apogeum. Był to smród. Koszmarny smród rozkładającego się na terenie popowodziowym, w czasie deszczowo-słonecznego lata, mięsa. Pani Dębińska herbu Rawicz postanowiła osobiście sprawdzić co tak cuchnie. Może to gołąb zaplątany w rynnie. Powoli wyszła ze swojego mieszkania na drugim piętrze pięknie wyremontowanej kamienicy przy ulicy Foksal. Smród uderzył ją niczym narodowiec lewaka. Zasłoniła sobie nos i usta bluzką. A może tylko jej się wydawało, że smród jest tak straszny? Bo wróciły wspomnienia z czasów wojny? Podobno zapach jest najbardziej nośnym śladem pamięciowym. Tak czy inaczej Pani Dębińska herbu Rawicz idąc za swoim nosem dotarła pod drzwi sąsiadów. Nie myśląc zbyt długo nacisnęła na klamkę. Stanęła na progu ogromnego pomieszczenia. Nie było tu żadnych ścian działowych. Wysokie okna na ścianie po prawej stronie i na wprost wpuszczały całe światło słoneczne, które miało na to ochotę. Złote klamki tworzyły jedność z pozłacanymi stiukami. W najbardziej odległym kącie leżał materac, na nim dwa ciała. A w zasadzie to, co z nich zostało. Częściowo wysuszone, częściowo zjedzone przez szczury. Ale to nie ciała śmierdziały. Śmierdziały leżące dookoła nich gryzonie, jakby zjedzone, martwe mięso ludzkie działało na nie jak trucizna. Pani Dębińska herbu Rawicz podeszła bliżej. Starała się omijać szczury. Wiedziała z filmów kryminalnych, że na miejscu zbrodni nie wolno niczego dotykać. Wiedziała też, że powinna natychmiast zadzwonić po policję. Jednak ciekawość była silniejsza. Podeszła więc do materaca i przyjrzała się wysuszonym ciałom. To był mężczyzna, jej sąsiad. Nie miała pojęcia skąd wie, że to on. Bo fryzurę miał inną. Ale wzrost ten sam. I coś jeszcze, coś ulotnego, coś czego nie da się nazwać żadnym słowem. Był elegancki i pomocny. Kiedyś. Teraz po prostu był. Obok niego leżała kobieta. Nie znała jej. To nie była jego żona. Jego żona miała tlenioną blond fryzurę i była niższa od tej kobiety. Uświadomiła sobie, że wraz ze zniknięciem hałasu, zniknęła też jego żona i córka. On sam pojawiał się czasami na podwórzu. Widziała go z okna. Kim więc mogła być ta kobieta? Jej szpilki leżały równo ułożone przy materacu. Obok stała torebka. Pani Dębińska herbu Rawicz już, już miała do niej sięgnąć gdy wzrok jej padł na dziwny przedmiot leżący u wezgłowiu materaca. Był to kawał blachy cynowej, na której widniał portret kobiety i mężczyzny. Jej sąsiada i pięknej nieznajomej. Przyjrzała się uważnie namalowanej twarzy. Popatrzyła na martwą kobietę. Miały takie same włosy. I ten sam perłowy naszyjnik. 




Copyrights by Joanna Wrześniowska, Warszawa 2016