Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 stycznia 2019

Serce

Oddam serce. W opłakanym stanie. Pęknięte na pół. A każda połowa jeszcze raz rozpołowiona. Porysowane. Podrapane. Nie raz szarpane. Zapomniane. Porzucone w przydrożnym śmietniku. Kilkoma słowami z esemesa. 

Oddam serce. Do wyjęcia od ręki. Skalpel już od dłuższego czasu pod ręką. Przyjdź, wytnij i weź. Dołożę instrukcję obsługi. Gratis. Bo serce wcale nie jest skomplikowane. Jest proste, dobroduszne, oddane. Może dlatego tak łatwo je wyrzucić. Nie będzie krzyczało, ani paliło opon. Nie pójdzie do radia i telewizji. Pęknie. Umrze. Zamilknie. 

Oddam serce. Bo nie mam już siły. Nie mam siły łatać, cerować, obszywać. Nie mam siły pocieszać, tulić i kołysać. Nie mam siły brać proszków i płakać. 

Oddam serce. Zakochane w muzyce. Roztańczone. Zasłuchane. Rozanielone. Bywało. Zanim pękło po raz ostatni. Choć muzyką karmione przez tego, który nim rzucił. Choć muzyką pojone przez tego, który je skopał leżące bezbronnie u jego stóp. Choć muzyką sycone przez tego, który zostawił je na pastwę śmietnikowych mew. 

Oddam serce. Bo już nie chcę więcej. Nie chcę czuć. Nie chcę mieć nadziei. Nie chcę wierzyć. Nie chcę przeżywać. Nie chcę się spalać. Nie chcę upadać. Nie chcę umierać i z martwych powstawać. Nie chcę wspominać. Nie chcę planować. Nie chcę słyszeć. Nie chcę dotykać. 

Oddam serce. W opłakanym stanie. Ale jeszcze żywe. Jeszcze bijące. Tuk-tuk. Tuk-tuk.Tuk-tuk. Może ci się przyda. Może coś dzięki niemu zobaczysz. Może doświadczysz. Może dasz mu to, czego ja mu dać nie mogłam. Bierz… inaczej zeżrą je te mewy żarłoczne. Rozszarpią na strzępy kruki i wrony. A przecież nie wolno umierać za życia. Weź więc. Nie krępuj się. To dobre jest serce. Naiwne może trochę. Zbyt ufne z pewnością. Lecz dobre. Zobaczysz. Weź…

Nie bój się. Nic mi się nie stanie. Rozcinaj z pewnością. Wyobraź sobie, że jesteś najlepszym chirurgiem na świecie. Tnij. Wycinaj. Wyjmuj. Zaszywaj. Nie powiem ani słowa. Nie wydam ani dźwięku. Nie pisnę ani westchnienia. Będę je żegnać wzrokiem. By za chwilę wzrok ów odwrócić. Łza nie popłynie. Wszystkie łzy on wypił. Wysuszył. Do cna. I dna. Łza nie popłynie. Krwi także nie uświadczysz. Gdzie krew jest, tam życie. Brak życia - nie ma krwi. Więc tnij, Spokojnie. Pewną ręką. Jak trzeba. 


Nie bój się słuchać tamtych piosenek. Nie bój się patrzeć w oczy. Nie bój się rozmów do białego rana. Nie bój się smaku kokosa. Nie bój się dotknięcia jego dłoni. Nie bój się wiadomości na whatsappie. Nie bój się słów. Nie bój się gestów. Nie bój się wyznań. Nie bój się snucia przyszłości. Bojąc się, odcinasz. A przecież dopiero co wzięłaś. Serce połamane, lecz żywe. Bijące. Tuk-tuk. Tuk-tuk. Tuk-tuk. Daj mu skrzydła. Niech frunie za słońce i dalej. I przyniesie to, czego tu ciągle tak bardzo brakuje. 

To miłość. 






niedziela, 1 października 2017

Zimowa herbata

Wrzątek. Herbata w torebce. Sok malinowy. Miód. Imbir. Goździki. Kardamon. Cynamon. Limonka. Cytryna.

Fioletowy płonień to mit. Jest tylko praca. Nie ma klątw. Są zbiegi okoliczności. Niewytłumaczalne więc okrzyknięte magią. A jest energia. I przeciwenergia. Wchodzenie w walkę równa się unicestwieniu. Dlatego trzy kroki obok. Nigdy w centrum.

Doskonała sylwetka. Lekki krok. Perfekcyjna twarz. Idealnie zarysowane oczy, nos i usta. Kolor jedyny akceptowalny. Czerń. Bo fioletowy płomień to mit. Czary nie istnieją. Może być niecodzienny splot przypadków. Odpowiednie miejsce i czas. Trąbka Cheta Bakera. Głos Sade. Głęboki smak zimnego burgunda, któremu nie towarzyszy żadne mięso, bo mięso to nie my.

Myśli krążą niczym sępy nad nie do końca padniętą padliną. Myśli niczego nie tworzą. Oprócz kłopotów. Tu i teraz. Jedyna recepta na dobre życie. Choć myśli krążą i krążyć będą. Takie ich myślowe prawo. Najważniejsze to pamiętać, co ważne. I działać. Problem pojawia się w momencie, gdy nic nie jest ważne, albo ważne jest wszystko. Wtedy trzeba podejmować decyzje. A każda decyzja brzemienna jest w konsekwencje. Jednak nie jest odważny ten, kto myśli o konsekwencjach.

Więc może Miles Davis. Albo jeszcze dalej... John Zorn. W ostatecznej ostateczności Lauri Anderson. Jestem panną nikt. I wcale mi z tym dobrze. Nie, nie zrozumiesz tego. Nie, nie chcę tłumaczyć. Przecież nie zrozumiesz. Panna nikt jest nikt. Nikt nie myśli o niej poważnie. Nikt jej nie pamięta. Nikt nie umie powiedzieć jak wygląda i co ostatnio powiedziała. Nikt to nikt i koniec pieśni.

Ale gdy wspominasz ten obrazek, te oczy i słowa, to czujesz czy nie czujesz? Jesteś czy wydaje ci się jedynie, że bywasz? Twój umysł odtwarza, czy tworzy? I z czym ci bardziej do twarzy? Kolejny sms. Brak możliwości interpretacji. Nie widać spojrzenia. Nie widać myśli. Nie widać gestów, ani skojarzeń. Wspomnienie. Spotkania. I poprzedniego życia. Gdy nikt nie myślał o konsekwencjach. Gdy nie było lęku. Gdy myśl oznaczała działanie. Człowiek był piękny i młody. I brał wszystko, co tylko chciał. Cierpiał. I był szczęśliwy. Nie zastanawiał się dlaczego lata tak wysoko. Nie analizował dlaczego boli go tak bardzo. Po upadku wstawał i szedł dalej, jakby nigdy nic. Wszystko było naturalne. Normalne. Zwyczajne. Życie. Takie życie. Wzruszenie ramionami i robimy swoje. Bo po co zatrzymywać się przy czymś, czego i tak zmienić nie można.

Od A do Ż. Ironia losu. Chichot ponurego żniwiarza. Od A do Ż. W jakim celu? Żeby pamiętać? Żeby się torturować? Wywracać bebechy do góry flakami i układać w nowym porządku? Czy żeby nie zapomnieć kim naprawdę jesteś? Bo przecież świat tak bardzo tnie i wyrównuje, nawet w patologii tworzy normę. Nie umie inaczej. Więc od A do Ż. Tam i wtedy. Tu i teraz. Bez znaczenia w kontekście planów. Z giga ciężarem bolącego serca. Choć nie ma magii. Więc to pewnie tylko nerwobóle.

Tak. Jesteś piękny. Tak. Jesteś intrygujący. Tak, chcę słuchać twoich opowieści. Chcę zadać milion pytań. Co mnie powstrzymuje? Lęk przez interpretacją? Strach przed odrzuceniem? Co za różnica... nie pierwszy, nie ostatni. Tęsknota za bliskością. Wątek, który przeplata wszystko inne. Tęsknota za bliskością, bo człowiek to istota stadna. Dlaczego więc twoja dziewczyna nie zapewnia ci tej mitycznej bliskości? Pamiętaj, nie ma czarów. Bierzesz, albo jest ci zabrane. Więc pytam. Raz po raz. A ty mówisz. I czas płynie. Nieubłaganie. Dzwoni budzik. Koniec. Bo nie ma czarów. Jest wolność. Którą sami sobie odbieramy. Na własne życzenie ułomnego poczucia bezpieczeństwa.





poniedziałek, 4 września 2017

Bajka

Opowiedz mi bajkę. Bajkę o troskliwości. Błysk w oku. Bajkę o szacunku. Przymknięta powieka. Zaczaruj mnie sobą. Jak wtedy, gdy otworzyłeś drzwi i przepuściłeś przodem, a ja się śmiałam, że lwom na pożarcie. I jeszcze mnie zaczaruj jak wtedy, gdy zdejmując mi bluzkę patrzyłeś w oczy. Patrzyłeś jakby od tego zależał cały świat. Albo wszechświat. I bardziej. I mocniej. I kiedy klęczałeś zdejmując mi spodnie. Nabożnie. Powoli. Z pietyzmem. I gdy podniosłeś się i znowu patrzyłeś. Jakby moje oczy były końcem i początkiem. Treścią i nicością. Formą i pustką. Dźwiękiem jednej klaszczącej dłoni. Wielką tajemnicą wiary. Czego szukałeś w moich oczach, gdy niosłeś mnie do łóżka pod baldachimem? Odpowiedzi? Oświecenia? Wyświęcenia? Rozgrzeszenia? 


Opowiedz mi bajkę. Bajkę o łagodności. Gdy dotykałeś moich ud. Centymetr po centymetrze. A twój język zanurzał się we mnie. Głębiej. I głębiej. Przyprawiając moje ciało o kolejne, godne uwagi sejsmografu, dreszcze. Wstrząśnienia. Erupcje. Wybuchy. Zatrzymania i przyspieszenia oddechu. A moje dłonie trzymały twoją głowę nie mogąc nadziwić się jej kształtnością pod milimetrową szczeciną świeżo obciętych włosów. 


Opowiedz mi bajkę. Bajkę o cieple. Kiedy spojrzałeś i podniosłeś się delikatnie. Z pamięcią mojej wygody. Komfortu. Przyjemności. I znowu te oczy. Przenikliwie. Długo za długo. Jakbyś nie widział. A jednak zobaczył. By w końcu zapytać. Z niedowierzaniem własnemu głosowi. Choć obydwoje wiedzieliśmy, że tak to się stanie. Wiedzieliśmy to eony temu. Ale niedowierzanie. Bo przecież jak to tak. Ależ oczywiście, że tak. Bo poczuć twoje ciepło na moim cieple. I musnąć tych do granic możliwości napiętych mięśni. Wypracowanych w pocie każdego skrawka na siłowniach, ringach i w maratonach. Opowiadających historię antycznego boga, dla którego Olimp to bardzo za mało. To dopiero początek. Przed triumfalną drogą Aleksandra Macedońskiego. 


Opowiedz mi bajkę. Bajkę o spełnieniu. Gdy twoje oczy i moje oczy ogarnęły wreszcie całą przestrzeń i spotkały się niczym dwa krasnale w kosmosie. Kim jesteś? Zwykłym chłopakiem. Zwykłym, samotnym chłopakiem. Mam swoje zasady, wiesz... Mam też swoje gorsze chwile. Ale jestem. Ale jesteś. Bo widzisz. Mnie w zasadzie nie ma. Nigdy więcej się nie spotkamy. Dlatego taka zachłanność. Choć niewiara w realne doświadczenie. A przecież jesteś. Coraz głębiej. Dogłębniej. Szerzej. Mocniej. Czuję cię w końcu. Zatrzymaj się. Nie ruszaj. Po prostu bądź. I patrz. Jak i ja patrzę. Żeby nigdy nie zapomnieć. Choć zapomnimy po pięciu minutach. Ale teraz jest wieczność. Nieskończona. Bezgraniczna. Odchłań. Więc trwaj. Trwajmy. Bądźmy. Dla siebie. Ze sobą. W sobie zjednoczeni. 

Opowiedz mi bajkę. O drodze do łazienki. O wypiekach na policzkach. O ostatnim pocałunku. I o drodze nocą do domu. W rytm słów o małych tęsknotach, serca łomotach, znaczących tyle, co nic...




czwartek, 15 września 2016

Black

Black, ostatnia historia związana z J., to jeden z tych tekstów, które napisały się same. W języku angielskim. Nagle. Po prostu. Bez ważenia słów. Co ciekawe, gdy go przed chwilą tłumaczyłam, też stało się to po prostu. Bez ważenia słów. Takie sytuacje nazywam sztuką. Bo sztuka to przejaw absolutu w naszym ziemskim życiu. 

BLACK

his hand on my stomach my finger on his lips
it’s dark… and getting darker
my sweat on his neck his tongue in my ear
thrill… that let us breath

            his deep black eyes
            with sparkling white ice
            leaving my heart
            with burning mark

my hand on his cheek his lips on my knees
flash… that goes so deep
he’s fading away my tears in his eyes
we’ve been one… just for a while

his deep black eyes
            with sparkling white ice
            leaving my heart
            with burning mark 


CZERŃ

jego dłoń na moim brzuchu, mój palec na jego ustach
jest ciemno, będzie jeszcze ciemniej
mój pot na jego karku, jego język w moim uchu
dreszcz, który pozwala nam żyć

głębia jego czarnych oczu
pobłyskujących białym lodem
wypala w moim sercu
płonący znak

moja dłoń na jego policzku jego usta na moich kolanach
błysk, który dociera najgłębiej
jego obraz znika, moje łzy w jego oczach
byliśmy jednym, przez chwilę

głębia jego czarnych oczu
pobłyskujących białym lodem
wypala w moim sercu
płonący znak





niedziela, 11 września 2016

Muzyka

J. jak pisałam był muzykiem. Zdarzało się nam grać razem. Tak po prostu. Bez zamysłów. Dla czystej przyjemności odczuwania jedności w muzyce. Ale dużo bardziej wolałam patrzeć i słuchać jak on gra i śpiewa. Było w tym coś ostatecznego. Niewyrażalna prawda. Nieziemska czystość. Znałam bardzo wielu muzyków, ale tylko on był z nią tak bardzo stopiony. 

no chasing
just looking
putting some words together
no chasing
just looking
passing the vibe

he’s turned away
she’s hidden even deeper
no time to loose
loosing all the time

no chasing
just looking
putting some words together
no chasing
just looking
passing the vibe

run along the highway
jumping into lights
fly over the river
longing for the sounds

no chasing
just looking
putting some words together
no chasing
just looking
passing the vibe

blood on his fingers
blood in her mouth
her heart is cracking
as he sings out his life

no chasing
just looking
putting some words together
no chasing
just looking

passing the vibe



piątek, 26 sierpnia 2016

Warsaw - New York

J. był muzykiem z NYC. Zakochałam się w jego głosie, tekstach i oszczędnym korzystaniu z gitary. Utopiłam się w jego czarnych oczach. Dałam zaczarować przepięknemu uśmiechowi. 

Podczas koncertów widać było, że bardziej pasowałby do Europy. Ale nie chciał tu zostać. Zawsze mówił, że jego dom jest w USA. A szkoda... 

Z jego okazji powstało bardzo dużo wierszy. Zaprezentuję trzy, które weszły do materiału "Tylko smutne piosenki". 

"Warsaw - New York" to piosenka o tęsknocie. Tęsknocie za bliskością, ciepłem... dziś powiedziałabym, że po prostu za oksytocyną. Bo kiedy jej brakuje, nic tak naprawdę nie jest ważne. Nic nie jest w stanie dać nam choć odrobiny radości. Wszystko jest puste, szare i często pozbawione sensu. 

Warsaw - New York

i don’t know if that’s grey november sky
or that’s famous november rain
or that smooth bitch insomia
one of my best friends

            i don’t know

but I don’t care about beaujolais nouveau
and I don’t care about guns in brixton
and I don’t care about the stage play
that I should star in tonight

            i don’t care

my fingers are blood coloured
juniper’s exploding in my mouth
diamond sharp tears are ripping my eyes and cheecks
i miss him… like hell

i miss him

those twinkles in his black eyes
and delight that comes with his wide smile
and his voice that reaches
the innermost recesses of my soul

            i miss him

            like hell… and in hell I am four thousands miles away




poniedziałek, 1 sierpnia 2016

choroba zwana miłością / disease called love

Kiedyś śpiewałam piosenki. Pisałam i śpiewałam. Muzykę pisaliśmy razem z bratem. Ostatni raz w 2002 roku. Dwa lata później zebrało mi się kilkanaście wierszy, które genialnie nadawały się na płytę o miłości. Tytuł: "Tylko smutne piosenki". Usiedliśmy z bratem. Powstały melodie. Zaczęłam ćwiczyć. Niestety brat się zakochał i nie zdążyliśmy nic nagrać. Życie płynęło. Brat się odkochał. Znowu mieliśmy nagrać, ale... brat się zakochał! W międzyczasie doszłam do wniosku, że tamte melodie już mi się nie podobają. Poprosiłam znajomego o napisanie nowych. Napisał dwie. Piękne! Przepiękne melodie. Nie zdążyliśmy nic porządnie nagrać, bo znajomy... się zakochał. To był czas kiedy akurat brat się odkochał więc ustaliliśmy, że nauczy się grać to, co napisał znajomy i nagramy. Tak, tak... brat, oprócz paru innych perturbacji, znowu się zakochał...  

Ponieważ swoje lata mam, przestałam wierzyć, że te piosenki kiedykolwiek ujrzą światło dzienne w postaci skończonych utworów muzycznych. Dlatego zdecydowałam się publikować je tutaj. Bo teksty, nieskromnie, uważam że są dobre. Lubię je. Ci, co mnie dobrze znają wiedzą, że nie puszczam w świat czegoś, do czego nie jestem absolutnie przekonana. Do tych piosenek jestem. Zaczynamy już jutro!

A miłość... no cóż... to stan ciężkiej patologii.

"Zgodnie z koncepcją dr Liebowitza, miłość i uzależnienie są tak blisko ze sobą spokrewnione, że niemal tożsame. Wedle tej koncepcji kluczową rolę w stanie zakochania odgrywają katecholaminy, przede wszystkim noradrenalina, będące pochodnymi fenyloetyloaminy (PEA). W zasadzie nie są one niezbędne człowiekowi do życia, choć pomagają zaadaptować się do ostrego i przewlekłego stresu. Reakcja przystosowawcza składa się z wielu procesów przebiegających w mózgu, sercu, płucach, wątrobie. Jeśli katecholaminy są potrzebne w mózgu, muszą być zsyntetyzowane właśnie tam, na miejscu, ponieważ nie przechodzą przez barierę krew-mózg. Działanie katecholamin kończy się ich powtórnym wychwytem do zakończeń nerwowych, gdzie są rozkładane przez enzymy. 

Krótko mówiąc, miłość dostarcza organizmowi takich samych bodźców jak... amfetamina. Przypuszczenie to potwierdziły badania przeprowadzone na ochotnikach, którym podano amfetaminę, a także zadbano o ich dobre samopoczucie. Dodatkowo przemawia za tą koncepcją "obraz kliniczny" choroby zwanej miłością - wzmożona aktywność, żeby nie powiedzieć nadaktywność, bez wytchnienia, bez snu, bez jedzenia, ale i bez uczucia zmęczenia. Jeśli komuś nie podoba się porównanie rauszu miłosnego z narkotycznym, mam inne - wzmożone wydzielanie katecholamin obserwuje się także w stanach... maniakalnych.

Powróćmy jednak do poprzedniej analogii. Kto choć raz był zakochany, wie doskonale, że stan ten nie trwa wiecznie. I dobrze, bo musiałby doprowadzić do zniszczenia człowieka. W końcu bilans energetyczny ma swoje prawa. Powszechnie uważa się, że pierwszy kryzys nadchodzi nie później niż po trzech latach, a pośredniego dowodu na to dostarczają statystyki rozwodowe. Psychologia mówi wtedy o kryzysie tożsamości, zawiedzionych nadziejach, znudzeniu. Okazuje się jednak, że można o tym mówić także w języku biochemii. Do fenyloetyloaminy, jak do narkotyku, organizm się przyzwyczaja. Potrzebuje zatem coraz większych dawek, których nie otrzymuje, bowiem organizm nie może wytworzyć więcej PEA. W efekcie przyjemne doznania, jeszcze niedawno wywoływane przez spojrzenie, głos, dotyk, a nawet samo wyobrażenie ukochanej osoby, wyraźnie słabną. Jak szybko przebiega proces przyzwyczajania się organizmu, przynajmniej częściowo zależy od indywidualnych cech biologicznych każdego z nas. Wystarczy, żeby w genach znalazła się instrukcja mniej intensywnego wydzielania monoaminooksylaz (MAO), enzymów rozkładających noradrenalinę i już człowiek bardziej stworzony jest do szaleństw niż spokojnego, skromnego życia. Dla psychiatrów nie jest tajemnicą, że takie osoby są zadziorne, skłonne do brawury, nadmiernego ryzyka, hazardu i... częstej zmiany partnerów. Zatem mówiąc pół żartem, pół serio, wybór towarzysza życia powinien uwzględniać również wyniki paru analiz chemicznych." Barbara Pratzer

Jako ilustrację załączam cudownie campowe zdjęcie kolegi... "Na górze róże, na dole krew"... czyż to nie piękna, kolejna, metafora miłości?



model: Good Gypsy 
foto: Agnes Borsów



piątek, 1 lipca 2016

muzyka / music


"When The Music's Over"
Yeah, c'mon 

When the music's over 
When the music's over, yeah 
When the music's over 
Turn out the lights 
Turn out the lights 
Turn out the lights, yeah 

When the music's over 
When the music's over 
When the music's over 
Turn out the lights 
Turn out the lights 
Turn out the lights 

For the music is your special friend 
Dance on fire as it intends 
Music is your only friend 
Until the end 
Until the end 
Until the end 

Cancel my subscription to the Resurrection 
Send my credentials to the House of Detention 
I got some friends inside 

The face in the mirror won't stop 
The girl in the window won't drop 
A feast of friends 
"Alive!" she cried 
Waitin' for me 
Outside! 

Before I sink 
Into the big sleep 
I want to hear 
I want to hear 
The scream of the butterfly 

Come back, baby 
Back into my arm 
We're gettin' tired of hangin' around 
Waitin' around with our heads to the ground 

I hear a very gentle sound 
Very near yet very far 
Very soft, yeah, very clear 
Come today, come today 

What have they done to the earth? 
What have they done to our fair sister? 
Ravaged and plundered and ripped her and bit her 
Stuck her with knives in the side of the dawn 
And tied her with fences and dragged her down 

I hear a very gentle sound 
With your ear down to the ground 
We want the world and we want it... 
We want the world and we want it... 
Now 
Now? 
Now! 

Persian night, babe 
See the light, babe 
Save us! 
Jesus! 
Save us! 

So when the music's over 
When the music's over, yeah 
When the music's over 
Turn out the lights 
Turn out the lights 
Turn out the lights 

Well the music is your special friend 
Dance on fire as it intends 
Music is your only friend 
Until the end 
Until the end 
Until the end!

The Doors

piątek, 10 czerwca 2016

black and white



“I have a dream that one day little black boys and girls will be holding hands with little white boys and girls.” 

― Martin Luther King Jr., I Have A Dream


ciekawe informacje o bębnach djembe
http://www.pracownia-promyk.pl/djembe.php


niedziela, 15 maja 2016

kora


muzyczne spotkania na Saskiej Kępie 2016
Kan Kelen Fo
źródło: https://www.flickr.com/photos/gombek/albums/72157668162082645

Grioci

Kim jest griot

Słowo griot pochodzi od portugalskiego "criado", oznaczającego sługę, ale i barda, śpiewaka. Profesja griota polega na opowiadaniu historii, przekazywaniu tradycji ustnych, muzycznych i wiedzy pokoleń. Sztuka ta należy do tradycji wielu ludów afrykańskich, szczególnie do tych, zamieszkujących Senegal, Gambię, Mali, Wybrzeże Gwinejskie, Burkina Faso, część Sudanu. Każdy lud ma swój odpowiednik słowa griota; jest to djeli lub jali u Mandingów, awlube u Tukulerów, gewel u Wolofów.

Griot posiadał zawsze specyficzną pozycję w wiosce; otacza się go respektem, ale także obawia się jego siły pochodzącej z potężnej mądrości życiowej, wiedzy i znajomości spraw dotyczących całej społeczności.
Zawód griota w Afryce Zachodniej sięga 4.000 lat wstecz. Do historii przeszedł XIII-sto wieczny griota malijski Balla Fasséké, uważany za pierwszego griota w linii powierników historii królestwa Soundiata Keity, czy - także Malijczyk - szef griotów Bakary Soumano (1934-2003). Zapoczątkowali oni oddzielną, istotną w hierarchii społecznej Mandingów kastę opowiadaczy.
W czasach współczesnych grioci nie zawsze tworzą oddzielną kastę w społeczeństwie, jednak są poważani a ich sztuka wielce szanowana i coraz częściej stosowana w edukacji. Ich opowieści są nieodłączną częścią ważnych dla danej społeczności wydarzeń, festiwalów, ceremonii czy świąt.
CZY 'TYLKO' OPOWIADACZ BAJEK?
Nie każdy może zostać griotem - tradycyjnie jest to umiejętność dziedziczona z pokolenia na pokolenie. A do przekazania jest wiele: przede wszystkim same historie, ale i nie mniej ważne techniki opowiadania. Są one nie tylko natury aktorskiej; polegają na umiejętności 'wyczucia' słuchaczy i skupieniu ich uwagi na opowieści, na przekazaniu jej w najpełniejszy z możliwych sposobów, w kontekście, z którego wyrosły.
Zawodowy opowiadacz musi łączyć w sobie cechy mędrca, artysty, historyka, dyplomaty, czasem nawet wróżbity. Jego sukces i poważanie zależy dopracowania jego własnego warsztatu, od doświadczenia, wiedzy, mądrości życiowej, ale i cech osobistych składających się na jego charyzmę.
Griot musi być też muzykiem - jego nieodłącznymi rekwizytami są instrumenty takie jak; balafon, kora, proste odmiany harfy, bębny oraz różnego rodzaju przeszkadzajki. Śpiew jest wplatany w opowieści, jego działanie jest formą mnemotechniczną, daje "oddech" opowiadaczowi, wciąga słuchaczy zarówno w akcję opowieści jak i w jego bezpośrednią kreację. Taki jest bowiem cel opowiadania - pozostawienie jak największej ilości wrażeń i wiadomości w uczestnikach tego niepowtarzalnego wydarzenia.
Opowieści mogą być oparte na faktach historycznych, wątkach mitycznych, ale i informacjach współczesnych. Mogą pouczać, przypominać, nawet przepowiadać przyszłość. Są one zawsze nierozerwalnie połączone z pieśniami, muzyką i rytmem - piosenki mogą być uzupełnieniem opowieści, ich kontynuacją lub przerywnikiem. Dodają opowieściom kolorytu i tempa, pozwalają na utrzymywaniu słuchaczy w napięciu i uwadze.
GRIOCI W SPOŁECZEŃSTWIE
Żadna inna grupa społeczna w tradycyjnym społeczeństwie afrykańskim, nie wpływa tak bardzo na życie i światopogląd ludzi jak grioci. To oczy, uszy i usta społeczeństwa, w którym się narodzili i żyją. Stanowią zarówno pamięć jak i zwierciadło ludu.
Funkcja griotów polega na utrzymywaniu świadomości o wspólnych tradycjach, kulturze, na tworzeniu wspólnoty i budowaniu tożsamości świadomej, żywej. Uczą dzieci (i nie tylko!) mądrości dziadków, historii, mitów, muzyki ale i bystrości, kreatywności, słuchania drugiego człowieka i tworzenia wspólnoty z innymi ludźmi.
U Bambara i Malinké z Mali griotą może zostać też kobieta - jest ona przede wszystkim utalentowaną pieśniarką, wplatającą w swoje piosenki hymny pochwalne, przysłowia, wypowiedzi o charakterze moralizatorskim i pouczającym. Djelimousso - tak nazywa się opowiadaczki - przeobrażają się czasem w sławne gwiazdy muzyki popularnej.
http://afryka.org/afryka/kim-jest-griot,news/

środa, 3 lutego 2016

Drzewo miłości - opowiadanie

Żeby wyjaśnić dokładnie co się wydarzyło 25 stycznia 2012 roku muszę opowiedzieć na czym polega moja praca, jak wyglądały moje relacje z Panią Stanford i Panem Rosenbaumem, i z jakimi problemami tych dwoje zgłosiło się do mnie.

Podczas pierwszej wizyty pacjenci zawsze są spięci. Niby mamy XXI wiek, niby seks jest wszędzie, a gdy przychodzi co do czego to nikt nie umie na początku opowiedzieć bez stresu z czym przychodzi.

Tym większym zaskoczeniem była pierwsza wizyta Pani Stanford i Pana Rosenbauma. Nie, nie przyszli razem. Nie, nie byli parą. Podejrzewam, że nie wiedzieli nawet o swoim istnieniu. Ale obydwoje bardzo otwarcie, spokojnie i klarownie przedstawili mi swoje problemy.

Widziałem w życiu wielu onanistów. Zajmuję się seksuologią od 37 lat. Pracuję w państwowej poradni na 1/3 etatu, mam prywatny gabinet i wykładam na uniwersytecie. Sporo publikuję, często spotykam się z czytelnikami. Dostaję niemożliwe liczby listów i wiadomości. Ale takich onanistów jak tych dwoje naprawdę nigdy wcześniej nie spotkałem. Nie znalazłem też w literaturze żadnego opisu opowiadającego ich… no właśnie, czemu… chciałem powiedzieć zaburzeniu, ale wydaje mi się, że to nie było zaburzenie. Po tym co się później wydarzyło w zasadzie jestem pewien, że to nie było zaburzenie. Ani zaburzenie, ani choroba, ani nieprawidłowa osobowość, ani uszkodzenia neurologiczne. Żadna jednostka nozologiczna. Była to raczej pewna kondycja psychiczna, a może nawet mistyczna, która bezpośrednio przełożyła się na takie, a nie inne zachowania.

Pani Stanford miała 50 lat, troje dorosłych dzieci i męża, który zostawił ją gdy ich najmłodsze dziecko skończyło rok. Stwierdził, że nie nadaje się do życia w rodzinie. Przez kilka lat Pani Stanford miała mu to za złe. Gdy zmarł na malarię podczas podróży po Afryce, doszła do wniosku, że sprawiedliwości stało się zadość i temat męża został naturalnie zamknięty. Miewała przygodne kontakty seksualne, ale nigdy nie poczuła prawdziwego zrywu serca. Po kolejnych kilku latach zrezygnowała ze spotkań z mężczyznami. Umiała doskonale zaspokoić się sama. I robiła to. Najpierw kilka razy w tygodniu, później codziennie. Gdy trafiła do mnie robiła to kilka razy dziennie. Jej problem był dwojakiej natury. Po pierwsze, ponieważ preferowała orgazm łechtaczkowy, i było to główne miejsce stymulacji, z jej łechtaczki zaczął schodzić naskórek. Było to dość bolesne i uniemożliwiało regularną masturbację, na której Pani Stanford bardzo zależało. Po drugie moja pacjentka miała poczucie, że nie jest sobą w pełni. Podczas pierwszej wizyty nie umiała mi tego wyjaśnić. Później, krok po kroku, wspólnie doszliśmy do pewnych konkluzji. Czy to one były przyczyną wydarzenia, które miało miejsce 25 stycznia 2012 roku… nie wiem.

Pan Rosenbaum określał siebie mianem samotnika, choć po wysłuchaniu jego historii ja bym go tak nie nazwał. A może uściśliłbym to pojęcie, zawęził je do określenia: człowiek o duszy samotnika. Nigdy nie założył rodziny i nie brakowało mu jej. Lubił ciszę w swoim mieszkaniu, przestronną sypialnię i robienie tego co chciał, kiedy i jak chciał. Dzień przed pierwszą wizytą u mnie obchodził 55 urodziny. Nie umiał dokładnie określić liczby partnerek, z którymi sypiał. Zdarzał mu się seks z jedną przed wyjściem na przyjęcie, seks z drugą podczas przyjęcia i seks z trzecią, po przyjęciu, na przykład w drodze do domu. Uważał, że był dobry w łóżku, często słyszał to od kobiet. Ale czegoś mu brakowało. Nie wiedział, czy można nazwać to miłością. Bez względu na nomenklaturę czuł brak. Zrezygnował ze spotkań z kobietami i spróbował seksu z mężczyznami. Nie był to strzał w dziesiątkę. Bo choć lubił patrzeć na pięknie wyrzeźbione męskie ciała, mężczyźni nie pociągali go. Następnie udał się do klubu swingersów. Seks był szalony, ale poczucie braku coraz mocniejsze. Zrezygnował więc w ogóle z kontaktów seksualnych. Nie miał jednak w planach wstrzemięźliwości seksualnej. Postanowił robić to sam ze sobą i zobaczyć, co będzie działo się z poczuciem braku. Onanizował się bardzo często, w różnych miejscach i różnych nastrojach. Poczucie braku nie wzmagało się. Ustaliło pewien pułap i tkwiło tam, nienaruszalne. Pan Rosenbaum przyszedł do mnie ponieważ wykoncypował, że poczucie braku bierze się prawdopodobnie z niemożności przeżycia mitycznego, opisywanego w Kamasutrze i literaturze taoistycznej, orgazmu zjednoczenia. Co prawda seks z samym sobą powinien był temu zaradzić, a nie zaradził, ale Pan Rosenbaum trzymał się swojej teorii. Już podczas pierwszej wizyty wyjawił mi ją i zapytał, czy mogę nauczyć go takiego seksu, żeby poczucie braku go opuściło. Nie wyraziłem zgody otwarcie. Nie powiedziałem: och tak, oczywiście, proszę zdjąć spodnie, zaczynamy pierwszą lekcję. Dałem jedynie lekko do zrozumienia, że możemy próbować nad tym pracować. Może to był mój błąd. A może wręcz przeciwnie. Może gdybym odprawił go z kwitkiem, nie stałoby się to, co się stało. Nie wiem. Przez to wszystko mój gabinet stał się celem pielgrzymek ludzi z całego świata, a ja… no właśnie…

Tak, to co się wydarzyło 25 stycznia 2012 roku o godzinie 18.37 było nowe, odświeżające, zadziwiające i oszałamiające. Rozumiem, że może wydać się nieprawdopodobne, ale było absolutnie prawdziwe. Dzieci Pani Stanford z początku nie wierzyły. Gdy zobaczyły badania DNA też nie uwierzyły. Potrzeba było czasu, by przyjęły do swoich rozumów i serc to nowe rozdanie. Ale w końcu przyjęły je i z tego co mi wiadomo cała trójka jest szczęśliwa.

Wszystko zaczęło się od tego, że wziąłem do domu karty i nagrania z sesji Pani Stanford i Pana Rosenbauma. Chciałem po raz nie wiem już który wgryźć się w historię jednego i drugiego. Chciałem przeanalizować dobór słów, nauczyć się na pamięć ich mowy ciała, przypomnieć sobie moje własne uczucia gdy słuchałem ich opowieści. Lata doświadczenia sprawiły, że moje notatki ze spotkań z pacjentami są bardzo szczegółowe. Takie szczegóły przydają się też w pracy dydaktycznej. Studenci nie lubią teorii, zawsze najwięcej pytań dotyczy tego, co miało miejsce naprawdę: prawdziwych ludzi, prawdziwych problemów. Wydaje się, że scenariusze filmowe są takie powymyślane. A tak naprawdę to życie pisze najbardziej niesamowite scenariusze. Każdy to podskórnie czuje, choć boimy się o tym otwarcie mówić. Gdy opowiadam o wydarzeniu z 25 stycznia 2012 roku ludzie kiwają głowami. Racjonalny umysł mówi im: cóż za brednia, ten staruch to potrafi nieźle wymyślać. Lecz to coś, co jest głęboko w nas podpowiada: tak właśnie miało być, stało się pięknie, najpiękniej jak tylko mogło. Myślę, że dużo jeszcze czasu potrzebuje ludzkość, żeby zrozumieć mechanizmy takich wydarzeń. Ale wiem też, że czasami rozumienie wcale nie jest potrzebne. Wystarczy być i wszystko staje się jasne i oczywiste.

Czytałem ich karty naprzemiennie. Wydawało mi się, że widzę coś na kształt wspólnoty problemu. Obydwoje onanizowali się mocno i obydwoje mieli poczucie… jedno nie bycia w pełni sobą, drugie braku. Po za tym różniło ich wszystko. Pani Stanford była bardzo ekspresyjna, mówiła dużo, barwnie, mocno gestykulowała. Pan Rosenbaum mówił spokojnym głosem, robił dużo pauz, jego gesty były sprowadzone do minimum. Nie targały nim też tak potężne emocje. Element racjonalny miał nad nim pełnię władzy. A więc onanizm i poczucie. Każde z nich samo zrezygnowało z kontaktów seksualnych. Nie był to ani przypadek, ani wypadek, ani tak się nie ułożyło. Była to w pełni świadoma decyzja, która miała doprowadzić do rozwiązania problemu nie bycia w pełni sobą w jej przypadku i problemu poczucia braku w jego przypadku. Z każdym z nich pracowałem inaczej. Ona lubiła hipnozę. On wolał proste, najlepiej ujęte w punktach, pogadanki instruktażowe. Ona lubiła mówić o sobie. On unikał odpowiedzi na pytania, które wydawały mu się nie związane bezpośrednio z problemem.

Choć rzuciłem palenie dobrych 20 lat wcześniej, zapukałem do sąsiada, młodego muzyka czy kompozytora, który kopcił jak smok, i poprosiłem o papierosa. Dał mi całą paczkę i przeprosił za hałas sprzed tygodnia. Wyjaśnił, że musiał nagrać chaos. Powiedziałem, że wszystko jest ok, papierosy oddam jutro i życzę owocnej pracy. Wyszedłem na balkon. Nie chciałem, żeby żona poczuła, że palę. Choć pewnie i tak poczuła, ale o dziwo nic nie powiedziała. No więc wyszedłem na balkon, zapaliłem i zapatrzyłem się w gwiazdy. Nie często można ich zobaczyć aż tyle w mieście, ile ja zobaczyłem tamtej nocy. Nie wiem czy były remonty dróg, czy władze postanowiły oszczędzać prąd i wyłączyły część oświetlenia ulic. Tak czy inaczej gwiazd było mrowie, a gdzieś między nimi i mną krążyła odpowiedź. Jej dostrzeżenie było kwestią czasu. Nie wiem jak długo tam stałem gdy nagle zrozumiałem. Muszę ich ze sobą poznać! Może jedno da drugiemu to, czego mu brakuje i vice versa. Teraz musiałem już tylko obmyślić odpowiedni plan. Ona przychodziła zawsze we środy o 11.00, on we czwartki, o 18.00. Żadne z nich nigdy nie zgodziło się na przesunięcie terminu, woleli zrezygnować ze spotkania niż przyjść w inny dzień. Pomyślałem więc, że może powinni spotkać się po za gabinetem. Po chwili odrzuciłem tę myśl. Gabinet był swego rodzaju oazą. Tylko tam mogłem zagwarantować im odpowiedni poziom intymności. Postanowiłem więc zrobić mały remont. Oczywiście nie zaangażowałem się w prace, byłem mózgiem, a zaprzyjaźniona firma remontowa wykonawcą. Ale pozwolę sobie o remoncie pisać w osobie pierwszej ponieważ wszystko zostało zmienione według moich i tylko moich instrukcji.

Tak więc powiększyłem poczekalnię, żeby zamiast niewygodnych krzesełek zmieściły się tam komfortowe, ogromne kremowe fotele i kilka obrotowych lamp z powycinanymi wzorkami, które bawiły się przestrzenią. Ściany wykleiłem tapetą w eleganckie wzory w kolorze fuksji. Przy wejściu powiesiłem abstrakcję w stylu Picassa. W oczach postaci na opływającym dostatkiem barokowym obrazie w złotej ramie, wiszącym na przeciwległej ścianie, zrobiłem minimalne dziurki, w których umieściłem kamery. Tak, wiem, że to banał. Ale chciałem wiedzieć co się dzieje. A pacjenci podczas pierwszej wizyty, kiedy ustalamy zasady współpracy, podpisują dokument, że wyrażają zgodę na nagrywanie audio i wideo naszych wspólnych sesji. Jest też klauzula poufności… no ale ona mnie już nie obowiązuje. Tak czy inaczej nagrywać mogłem i chciałem z tego skorzystać. Czułem, że jestem na drodze ku czemuś wielkiemu i żałowałem, że nie ma nagrody Nobla w dziedzinie psychologii.

Remont był też doskonałym przyczynkiem do ustalenia nowych terminów spotkań. Udało mi się zaprosić ich na środę o 18.00. Obydwoje. Pierwsza przyszła ona. 10 minut przed czasem. Stwierdziła, że chce obejrzeć gabinet po remoncie. Przeprosiłem i wyjaśniłem, że mam jeszcze klienta i musi chwilę poczekać, ale że największe zmiany zaszły właśnie w poczekalni więc mam nadzieję, że te dziesięć minut upłynie jej na podziwianiu nowego wystroju. Uśmiechnęła się i skierowała ku obrazowi, temu z kamerami w oczach kilkorga barokowych postaci. Trochę się przestraszyłem, ale na szczęście nic nie zauważyła. Wszedłem cicho do gabinetu. Na ekranie komputera doskonale widziałem całą poczekalnię. Pięć minut później przyszedł on. Zmierzył ją od stóp do głów, rozejrzał się dookoła, kilka razy nabrał więcej powietrza, ale nic nie powiedział.

Drzwi do mieszkania mieszczącego się w przedwojennej kamienicy, w którym mam gabinet, są otwarte. Przycisk domofonu znajduje się w gabinecie. Gdy ktoś przychodzi za wcześnie, otwieram domofonem drzwi od klatki schodowej. Osobiście witam się z pacjentem po wyjściu poprzedniej osoby. Liczyłem na efekt zamieszania. Miałem nadzieję, że któreś z nich rozpocznie rozmowę na temat czekania aż dwojga osób. Do 18.05 milczeli jak zaklęci. Ona siedziała. On stał. W końcu zwrócił się do niej i zapytał czy ktoś u mnie jest. Skinęła głową. Nabrała powietrza jakby chciała coś powiedzieć, ale nic nie powiedziała. Patrzyła na niego i nic nie mówiła. Zupełnie jak nie Pani Stanford. On patrzył na nią i po krótkiej chwili stwierdził, że to dziwne, że obydwoje czekają, że to pewnie jakaś pomyłka, że się starzeję jeśli zapisałem dwie osoby na tę samą godzinę. Pan Rosenbaum zaczął roztaczać swój czar. Wcześniej nie miałem okazji oglądać go w akcji. Czasem coś wspominał na ten temat, ale nigdy go nie pociągnął. Mogłem się jedynie domyślać jak dobry musiał być w uwodzeniu. Chciałem, żeby zaprosił ją na kawę. Chciałem, żeby ona się zgodziła. Chciałem, żeby nie czekając na mnie wyszli razem i nigdy już do mnie nie wrócili. Chciałem, żeby byli szczęśliwi. Tymczasem ona siedziała, a on stał. Ona wpatrująca się w niego jak w święty obrazek, on w poświacie własnego czaru opowiadający żart o seksuologu. Ona opromieniona perlistym śmiechem. On pobłyskujący białymi, idealnymi zębami, rewelacyjnie podkreślającymi opaleniznę prosto z włoskich Alp. Czas się dla nich zatrzymał.

Nie wychodziłem przeprosić, że jeszcze nie skończyłem z poprzednim pacjentem. Wiedziałem, że nie mogę im przeszkadzać. Jeszcze chwila i sam uległbym ich czarowi. Wpatrywałem się w ekran komputera jak wół w malowane wrota. Podejrzewam, że miałem otwarte usta, a kropelki potu wystąpiły mi na czoło. Kiedy on jej zaproponuje tę kawę? A może to ona zaproponuje jemu? Dlaczego ona nic nie mówi? Dlaczego on mówi tak dużo? Dlaczego ona siedzi? Dlaczego on stoi? Miliony głupich pytań kotłowały się w mojej głowie. Nie wiem ile to trwało. Chyba niezbyt długo. Poczekalnia powoli wypełniała się białym światłem. Im więcej było światła, tym mniej widziałem na ekranie komputera. Udało mi się jeszcze dojrzeć, że ona wstaje, podchodzi do niego i bierze go za rękę. On zastyga na ułamek sekundy i bierze ją za drugą rękę. I stoją tak wpatrzeni w siebie. On już nic nie mówi. Ona uśmiecha się tylko. Stoją na środku poczekalni wypełnionej białym światłem, trzymają się za ręce i patrzą sobie w oczy. Później coś rozbłysło, jakby wystrzeliła raca. Komputer przestał działać. Gdy w końcu udało mi się otworzyć drzwi, zobaczyłem białe tornado wirujące w samym środku poczekalni. Stałem jak zamurowany. Dosłownie nie mogłem się ruszyć. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś takiego. A widziałem sporo. Dużo pracowałem, stać mnie było na podróże. No i sporo czasu spędzałem w internecie oglądając zdjęcia z całego świata. Naprawdę, czegoś takiego w życiu nie widziałem i nie sądzę, żeby ktokolwiek widział. Może oczami wyobraźni, może we śnie, ale nie w realnym świecie.

Z białego tornada zaczął wyłaniać się kształt. Na samym środku poczekalni, w mieszkaniu w starej kamienicy, w dobrej dzielnicy dużego miasta stało drzewo. Dziwne to było drzewo, poplątane, nieznanego gatunku. Jedna połowa pnia była ciemna, a druga jasna. Jasne i ciemne gałęzie przeplatały się w sobie tylko znanym porządku albo nieporządku. Po Pani Stanford i Panu Rosenbaum nie było śladu. Obszedłem drzewo kilka razy. Gałęzie były tak gorące, że musiałem zdjąć koszulę, otworzyć wszystkie drzwi i okna. Dotyk groził poparzeniem. Teraz już można ich dotykać. Są przyjemnie ciepli. Wtedy płonęli. Nie wiedziałem co począć. Chciałem zadzwonić do żony, ale pomyślałem, że mi nie uwierzy. Zdecydowałem się na telefon do sąsiada, tego muzyka od chaosu. Jeśli ktoś nagrywa chaos to może będzie umiał zrozumieć razem ze mną, co dokładnie się wydarzyło. To znaczy ja wiedziałem co się wydarzyło. Potrzebowałem świadka, który uwiarygodni moje przekonania. Oczywiście zapomniałem, że nie miałem jego telefonu. Po chwili namysłu zadzwoniłem więc do żony, żeby poszła do niego i wzięła numer. Chłopak odebrał od razu i powiedział, żebym natychmiast podał mu adres. Pojawił się na progu gabinetu niespełna siedem minut później, co oznaczało, że musiał jechać jak wariat. No więc pojawił się na progu ów młodzieniec, popatrzył, popatrzył, westchnął, zapalił papierosa, zgasił go na podłodze, roześmiał się, zapalił drugiego papierosa, zaciągnął się i powiedział: wiedziałem, kurwa, no wiedziałem! Po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł. I znowu zostałem sam z tym płonącym drzewem, które kiedyś było Panią Stanford i Panem Rosenbaum. Pół godziny później przyjechała żona. Weszła, objęła swoim przenikliwym spojrzeniem mnie, drzewo i całą poczekalnię, zmarszczyła lekko czoło i powiedziała, że przesadziłem z tym przyjaznym designem. I też wyszła.

Godzinę później zjawiła się pierwsza para. Podeszła do drzewa, dotknęła go, zrobiła sobie z nim zdjęcie i przesłała na Facebooka. Wychodząc podziękowała za możliwość doświadczenia prawdziwej miłości. Zamrugałem oczyma i tkwiąc wciąż w ogromnym zdziwieniu nie zdążyłem im nic powiedzieć. Komputer nie działał, sięgnąłem więc do kieszeni po telefon. Zalogowałem się na Facebooku. Mój gabinet został otagowany 12 738 razy. Ludzie przesyłali sobie zdjęcie pary pod drzewem, które stało na samym środku mojej poczekalni. Młody muzyk wysłał w świat informację, że Wszechświat jest dla nas łaskawy i dał nam Drzewo Miłości, że każda para, która go dotknie będzie żyła szczęśliwie przez wszystkie wcielenia. Notatka była umieszczona na interaktywnej mapie. Na mapie widniał adres mojego gabinetu.

Wysoki Sądzie, w kalendarzach obydwojga przy dacie 25 stycznia 2012, godzina 18.00 widniała notka: wizyta u S. Tak, wizyta u seksuologa. Teraz wszyscy wiedzą jak to się stało, że Pani Stanford i Pan Rosenbaum byli umówieni na tę samą godzinę. Nie zamordowałem Pani Stanford ani Pana Rosenbauma. Nie wiem dlaczego miałbym to robić. To byli wspaniali klienci i czułem, że poznając ich ze sobą mogę sprawić, że będą szczęśliwi. Być może moim przewinieniem było pragnienie stwórstwa, ta pycha, z którą walczyć musi i lekarz, i psycholog, i seksuolog. Wszystkim nam wydaje się, że możemy więcej niż tak naprawdę jest. Im dłużej pracujemy z ludźmi, tym większe mamy poczucie władzy nad nimi. To naprawdę trudne. Nie powinienem wchodzić w rolę demiurga. Zresztą, czy naprawdę w nią wszedłem? Wydaje mi się, że Pani Stanford i Pan Rosenbaum zakpili sobie ze mnie. Nie wiem jeszcze jaką rolę odegrał ten młody muzyk. Może to on wszystko ukartował? A może wymyślił? Bo skąd wiedział?




Copyrights by Joanna Wrześniowska, Warszawa 2012