Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozstanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozstanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 października 2017

Blues pierwszy

Czy wiesz 
dokąd iść
Gdy nikt nie czeka
Na ciebie
Czy wiesz dokąd pójść

Pocałunki zniknęły
Utonęły w mlecznej mgle
Ciepło dłoni twych
Rozwiał zimny wiatr
Milczenia

Czy wiesz 
dokąd iść
Gdy nikt nie czeka
Na ciebie
Czy wiesz dokąd pójść

Błogie spojrzenia
W twardy diament zastygły
A pluszowe poranki
Otuliła biała szadź
Rozstania

Czy wiesz 
dokąd iść
Gdy nikt nie czeka
Na ciebie
Czy wiesz dokąd pójść

Jestem kim nie byłam
Będę kim nie jestem
Zostawiłeś pustkę
W której mieści się wszechświat
Cierpienia

Czy wiesz 
dokąd iść
Gdy nikt nie czeka
Na ciebie
Czy wiesz dokąd pójść




niedziela, 1 października 2017

Zimowa herbata

Wrzątek. Herbata w torebce. Sok malinowy. Miód. Imbir. Goździki. Kardamon. Cynamon. Limonka. Cytryna.

Fioletowy płonień to mit. Jest tylko praca. Nie ma klątw. Są zbiegi okoliczności. Niewytłumaczalne więc okrzyknięte magią. A jest energia. I przeciwenergia. Wchodzenie w walkę równa się unicestwieniu. Dlatego trzy kroki obok. Nigdy w centrum.

Doskonała sylwetka. Lekki krok. Perfekcyjna twarz. Idealnie zarysowane oczy, nos i usta. Kolor jedyny akceptowalny. Czerń. Bo fioletowy płomień to mit. Czary nie istnieją. Może być niecodzienny splot przypadków. Odpowiednie miejsce i czas. Trąbka Cheta Bakera. Głos Sade. Głęboki smak zimnego burgunda, któremu nie towarzyszy żadne mięso, bo mięso to nie my.

Myśli krążą niczym sępy nad nie do końca padniętą padliną. Myśli niczego nie tworzą. Oprócz kłopotów. Tu i teraz. Jedyna recepta na dobre życie. Choć myśli krążą i krążyć będą. Takie ich myślowe prawo. Najważniejsze to pamiętać, co ważne. I działać. Problem pojawia się w momencie, gdy nic nie jest ważne, albo ważne jest wszystko. Wtedy trzeba podejmować decyzje. A każda decyzja brzemienna jest w konsekwencje. Jednak nie jest odważny ten, kto myśli o konsekwencjach.

Więc może Miles Davis. Albo jeszcze dalej... John Zorn. W ostatecznej ostateczności Lauri Anderson. Jestem panną nikt. I wcale mi z tym dobrze. Nie, nie zrozumiesz tego. Nie, nie chcę tłumaczyć. Przecież nie zrozumiesz. Panna nikt jest nikt. Nikt nie myśli o niej poważnie. Nikt jej nie pamięta. Nikt nie umie powiedzieć jak wygląda i co ostatnio powiedziała. Nikt to nikt i koniec pieśni.

Ale gdy wspominasz ten obrazek, te oczy i słowa, to czujesz czy nie czujesz? Jesteś czy wydaje ci się jedynie, że bywasz? Twój umysł odtwarza, czy tworzy? I z czym ci bardziej do twarzy? Kolejny sms. Brak możliwości interpretacji. Nie widać spojrzenia. Nie widać myśli. Nie widać gestów, ani skojarzeń. Wspomnienie. Spotkania. I poprzedniego życia. Gdy nikt nie myślał o konsekwencjach. Gdy nie było lęku. Gdy myśl oznaczała działanie. Człowiek był piękny i młody. I brał wszystko, co tylko chciał. Cierpiał. I był szczęśliwy. Nie zastanawiał się dlaczego lata tak wysoko. Nie analizował dlaczego boli go tak bardzo. Po upadku wstawał i szedł dalej, jakby nigdy nic. Wszystko było naturalne. Normalne. Zwyczajne. Życie. Takie życie. Wzruszenie ramionami i robimy swoje. Bo po co zatrzymywać się przy czymś, czego i tak zmienić nie można.

Od A do Ż. Ironia losu. Chichot ponurego żniwiarza. Od A do Ż. W jakim celu? Żeby pamiętać? Żeby się torturować? Wywracać bebechy do góry flakami i układać w nowym porządku? Czy żeby nie zapomnieć kim naprawdę jesteś? Bo przecież świat tak bardzo tnie i wyrównuje, nawet w patologii tworzy normę. Nie umie inaczej. Więc od A do Ż. Tam i wtedy. Tu i teraz. Bez znaczenia w kontekście planów. Z giga ciężarem bolącego serca. Choć nie ma magii. Więc to pewnie tylko nerwobóle.

Tak. Jesteś piękny. Tak. Jesteś intrygujący. Tak, chcę słuchać twoich opowieści. Chcę zadać milion pytań. Co mnie powstrzymuje? Lęk przez interpretacją? Strach przed odrzuceniem? Co za różnica... nie pierwszy, nie ostatni. Tęsknota za bliskością. Wątek, który przeplata wszystko inne. Tęsknota za bliskością, bo człowiek to istota stadna. Dlaczego więc twoja dziewczyna nie zapewnia ci tej mitycznej bliskości? Pamiętaj, nie ma czarów. Bierzesz, albo jest ci zabrane. Więc pytam. Raz po raz. A ty mówisz. I czas płynie. Nieubłaganie. Dzwoni budzik. Koniec. Bo nie ma czarów. Jest wolność. Którą sami sobie odbieramy. Na własne życzenie ułomnego poczucia bezpieczeństwa.





niedziela, 30 października 2016

Żałoba

Ostatnia szklanka. Obydwie butelki już puste. Ostatnia po raz tysięczny. Ostatnia raz na tydzień, raz na dzień, raz na popołudnie. Szklanki są legalne. Choć brown działałby lepiej. Dużo lepiej. Lecz strach. Jego oczy, dwie przepaście kiedy siedział u jej stóp. A później ból. Jeden, drugi, milionowy... Opustoszały brzuch. I strach. Rodzina boli. Mężczyzna boli. Kobieta boli. Dziecko boli. Boli kot. I boli pies. A w kuchni spokój. Rozpiąć ciało na ze stali chirurgicznej rusztowaniu. I przeciąć na pół jednym, szybkim ruchem samurajskiego miecza. I wypluć cały ten ból. Nie ma rusztowania. Nie ma miecza. Więc balkon. Lub dach. Daleko za nisko. Za blisko za wysoko. Tak bardzo nieestetycznie. Strach przed zamknięciem oczu. We śnie nie ma kontroli. Bez kontroli strachy zamieniają się w demony. Własnego umysłu. Zdjąć głowę. Zanurzyć we wrzątku. Ugotować demony. Zedrzeć skórę. Zanurzyć w chloraminie. Usunąć brud pamięci. Zeskrobać nos. Wyrzucić do śmieci i nigdy już nie czuć żadnego zapachu. Nie prowokować hipokampu. Zalać uszy betonem. Niech nie słyszą dźwięku gitary, basu i bębnów. Wyrwać język. Niech nie tęskni za innymi językami. Nie wydźwięczy tego, co nie-nazwane. Oczy wyłyżeczkować. Niech nie szukają porozumienia innych oczu. A serce do lodówki. Gdy wokół same truchła, po co ma się kurczyć i rozprężać. Każdy cierpi tak samo. Choć każdemu wydaje się, że jest tak niesłychanie niepowtarzalny. Wszystkie historie są jednakowe. Choć każdej wydaje się, że jest tak ogromnie oryginalna. Chmury na czarnym niebie i nawet jeśli śmierć będzie wróżbą. Ale śmierć? Gdy umrze czy gdy żyje? Wywlec wnętrzności i przykleić do ściany klejem kropelka. Opuszczeni w pół drogi. Zdradzeni i porzuceni. Obsikani przez bezdomne psy. Poszarpani przez piwniczne szczury. Potrąceni przez pijanych kierowców. Zdeptani przez panie w kapeluszach i panów z aktówkami. Popękani. Nadwerężeni. Strach przed dotykiem. Strach przed spojrzeniem. Zbyt głośny śmiech. Zbyt głośne słowa. Zbyt szerokie gesty. Byle nie było widać. Coraz szeptem. Bardzo boli. Bardzo chcieć . Bardzo strach. Rodzina boli. Omijać z daleka. Nie naruszyć przestrzeni. Podglądać. Spoglądać. Zaglądać. I zobaczyć. Choć widać nic. Pusto tu tak. Cicho tu tak choć muzyka na cały regulator. Wątroba mówi stanowcze nie. Niegrzeczne melodie. Z gardła wychylają swoje niecierpliwe języki prasmutne jaszczury. I jeszcze raz. I jeszcze dalej. I jeszcze głębiej. Bo głębiej się nie da. Więc głębiej. Następna dziura w mózgu. Organizm sam wie co dla niego najlepsze. Społeczeństwo nie powinno mieć prawa ingerowania w chorobę. Jednym dane jest zdrowie. Innym dany jest obłęd. Tańczyć do utraty tchu. Śpiewać do utraty głosu. Grać do krwi. Walić głową w ścianę. Oblizywać krew z warg. Nie uśmiechać się na zawołanie. Płakać na ulicy. Najgorsi z najgorszych. Nikt spoza kręgu nie usatysfakcjonuje. Krąg kurczy się kilka razy do roku. Nie... nie teraz... teraz niech tu zostanie, niech nie odchodzi, nie teraz, rozumiesz, nie teraz i nie jutro ani za 38762 dni. Nie ma czasu na umieranie. Nie ma siły na życie. Kostucha cieplejsza niż najcieplejsze dłonie menedżera. Wszystko przemija. Rzucony sępom na pożarcie. Jak nakazuje tradycja. Żar reflektorów. Strużka potu spływająca śmiało po plecach. Ekstaza. Katharsis. A wszystko na siłę. Bo głowa musi być wysoko. Opadnięta niczym wczorajszy mlecz wywołuje torsje daleko najbliższych. Kopniak w dupę. Strach. Pion. Strach. Pion w strachu ile jest wart. I kto tu kogo oszukuje. Wyrzuceni na ten świat wbrew własnej woli. Lojalni do szpiku kości. Nikomu niepotrzebnych kilkoro bohateiros. A czyja to twarz? Tak, ta na drugiej półce... no ta, ta... naprzeciwko pani dłoni... A, nie wie pani... A ile kosztuje? Acha... No cóż... Może kiedyś... Do widzenia... Szklana szyba. Pancerne pleksi. Byle czuć nic. Bo czuć to boli. A boleć już za dużo. Obwąchiwanie z daleka. Na blisko może kiedyś. Może jakoś. Może nigdy. A może powoli. Niech nie boli. Niech nie czuje. Starość cię obdarzy garbem. Na nic zda się moc potężna. Światłość nie oślepi. Desperacja uratuje. A brzuch niech pusty pozostanie. Bo nie ma prawdy ani kłamstwa. Jest strach. I ból jest. Niezgoda na porządek. Bunt przeciwko funkcjonowaniu. Ostatni łyk z ostatniej szklanki. Teraz już tylko zmiażdżyć ją w dłoni i zjeść. Na pohybel porywom kulawego serca.




środa, 10 sierpnia 2016

już po

Jest kilku artystów, którzy mieli kolosalny wpływ na kształt mojej wrażliwości, osobowości, kreatywności i gustu. Funkcjonują w moim sercu jako niedoścignione ideały, gwiazdy, do których warto próbować sięgać, pocieszyciele dający ukojenie, oddech, ciepło i poczucie bezpieczeństwa. 

Jednym z nich jest Leonard Cohen. Jego poezja, proza, głos i podejście do życia są bardziej niż najbliższy przyjaciel. A "Słynny błękitny prochowiec" jest w moim świecie jeszcze słynniejszy niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Dlatego ośmieliłam się wykorzystać ten utwór jako inspirację do podsumowania relacji z Panem Karateką. Czułam, że ciężar tej opowieści jest równy ciężarowi tamtej opowieści, choć są zupełnie inne. Acz obydwie opisują zawiłe, kręte i niepojęte ścieżki miłości. 

Zanim więc przeczytasz mój wiersz, posłuchaj "Prochowca". 
Jest na przykład tutaj (polecam oryginalny, angielski tekst, tłumaczenie tylko w uzasadnionych przypadkach): https://www.youtube.com/watch?v=tAmQgI_Mun4

Już Po

jest 4 nad ranem, wiem, że to banalne
tyle dobrego, że marzec, nie że kończy się grudzień
szadź już zniknęła i śnieg już się topi
list piszę do pana, nie mów jak się czujesz
wiem, że wybrałeś, podjąłeś decyzję
ostatni raz dziś piszę, nie odezwę się więcej

            a mój syn wciąż pamięta imię twe
            i wieczór gdy przez chwilę zająłeś się nim
           
i cóż mogę powiedzieć, miłość załzawia mi oczy
kłamałam gdy pisałam, że na nią już zbyt późno
kłamałam, że przyjaźń, łgałam, że będzie dobrze
po cichu wierzyłam, że jednak tutaj dotrzesz
przepraszam za twój czas, za zmarnowany przeze mnie czas
nigdy więc nie będzie nas
nie sądziłam, że to aż takie trudne

a mój syn wciąż pamięta imię twe
            i wieczór gdy przez chwilę zająłeś się nim
            tak, mój syn pozdrawia cię też

już się uśmiecham i usta znowu maluję
listu pana nie czytam i marzeń nie snuję
zdjęcia wyrzucam, na esemesy przyjdzie czas
imię na wyświetlaczu, fajnie, że choć tyle mam
podobno życie przede mną i nie ma się czego bać
chyba życzę ci szczęścia
a tak dużo mogłam dać…

a mój syn wciąż pamięta imię twe
            i wieczór gdy przez chwilę zająłeś się nim

uściski,
Jojo