wtorek, 14 czerwca 2016

W pogoni za orgazmem - sztuka na trzy osoby



Ona (kobieta biseksualna, lat 33)
Ono (kobieta homoseksualna, lat 23)
On (mężczyzna heteroseksualny, lat 43)


Ona i Ono leżą. Na łóżku? Leżą.

ONA

Za szybko.

ONO

Ale nie za szybką.

ONA

A jednak. Nie tak. Brak. Duży brak.



ONO

Przyzwyczajenia doświadczenia smakowania nastawienia.

ONA

Bzdet.

ONO

Idę do bidet.

ONA

Zapal świeczkę.

ONO

Dłonie płoną ogniem pochodnym.

ONA

Zapłoną świecą momentu obrotowego. Z konia na koń przeskoczą. Rykną wczorajszym zarostem. Pachowym włosiem włosienniczym. Niewygolonym z lęku przed męskości utratą. Gładkie pachy i pachwiny domeną kobiet. Pedałów. Bez względu na standardy higieny.

ONO

Wyobraźnia. Słuch. Dźwięk. To co daję. Nie to co mam. Stłuczona szklanka. Wczorajszy oddech. Inne gatunki. Lubię to co znam.

ONA

Szukam czego nie znam. Nawet jeśli znam. Fascynuje co uzupełnia. Tango ostatnie zatańcz ze mną. Tango pożegnalne. Ostatnie tango łóżka twojego. W Paryżu tango szampańskie. Jutro już mnie nie zobaczysz. Jutro zadziana odzieniem markowym porwać się dam, poderwać samcowi, który wypełnić mnie umiał będzie w przeciwieństwie do ciebie, kochana, bo bez wypełnienia niepełna się czuję, niedosyt mnie wchłania, w dziurę czarną, nieusatysfakcjonowaną, nienasyconą zamienia. W karła czerwonego, białego co miejscem jest jedynie, nie podmiotem, przedmiotem, co czeka doczekać się nie mogąc. Nie tak, kochana, to sobie wyobrażałam, nie tak to było gdy lat dwadzieścia. Zrozumiesz kiedy wiek mój osiągniesz, lub nie zrozumiesz w pełnoprocentową kobietę jednostronną się zamieniając. A ich jako narzędzia traktując niezauważalnie. Boś przecież zawsze mówiła, że łotewer, cokolwiek hasłem twym wyborczym. Hasłem zniewalającym. Uwiodłaś mnie słowem swoim na niedzielę. I słowem swoim na każdy inny dzień tygodnia. W przeciwieństwie do panów w czarnych sukienkach słowo twe żywą krwią pulsuje, Krew wpływa do krwioobiegu synaps prowokując zachowania bezpieczne, poszukiwania grala nie świętego a uświęconego przez pokoleń tysiące poszukujące jako każdy poszukuje pomiędzy mitami, w tkankach i płynach się zatracając, oddechy łapiąc ostatnie, ostatecznie nieskończone, włosy gładkie głaszcząc, płaszcząc, w płaszczu których się ukrywasz przed blaskiem księżyca.

ONO

Nie, nie odchodź… Czy wypełnienie pełne być może jeśli bliskości w nim nie ma, jeśli jest pośpiech, trysku wytryski, chrapnięcie na dzień dobry, pa! mała! na do widzenia? No powiedz… Ale prawdę mów!

ONA

A czym jest prawda? Prawdą wczoraj czy dzisiaj? Uczuciem, przeczuciem, poczuciem czy społeczną powinnością nawet jeśli społeczeństwu wbrew i pod prąd?

ONO

Prawda… sercem… umysłem czystem… Bez prawdy nie ma miłości… Miłości bliskości… Nawet gdy boli lepiej żeby była. Nawet gdy przeszkadza lepiej żeby była. Nawet jeśli nie po drodze lepiej żeby była. Bo przy końcu każdym i każdego to ona zostaje. Nie ono, i nie on. Ona – prawda…

ONA

Nie wierzę, nie czuję, nie widzę powodu.  Czuję potrzebę pełni, jedności, jing-jang teorii urzeczywistnienia. Odchodzę miła moja… Odchodzę bez wdawania się w dywagację pseudofilozoficzne… Nigdy z Heideggerem po drodze mi nie było… Ani Swedenborgiem… A Sokrates był obleśnym pedałem…

ONO

Ale ja nie chcę filozofii… Chcę słowa twoje spijać jak rosę o świcie z pajęczyn myśli twoich. Chcę oddechem twoim oddychać gdy noc zapada odległa i dzika. Chcę skórę twoją gładzić jak gładzi się pąki lotosu nad dzikim strumieniem. Chcę zapachem twoim płonąć jak dwie wieże płonęły nad światem. Chcę w tobie utonąć, na zawsze się pogubić, zjednoczyć, uroczyć i nigdy już nie obudzić…

ONA

Nie mów do mnie poezją. To takie… takie…. takie… trywialne to… blogowe, forumowe, czatowe, onlajnowe… Zupełnie nie życiowe…

ONO

Poezja? Nie życiowa… Nie mówię poezją, najmilsza… Słowami miłości przemawiam, słodyczą, którą mnie wypełniasz, światłem, które duszę mą wyświetla. Nie poezja… Najmilsza…

ONA
Nie miłość, kochana… Sex nas połączył… Miłość nie istnieje. Miłości mówię kategoryczne NIE! Miłość myśleć nie pozwala, miłość monogamii wymaga a ja wypełnienia pożądam gdzie nie ma miejsca na miłość. Iść muszę im szybciej tym lepiej bo widzę, że kajdany złote mi szykujesz i klatkę diamentową a ja z duszy cygańskiej jestem, stałości mojej nikt zaznać nie może, nawet ja sama jej nigdy nie doświadczę. Bo umrę. Zginę. Przepadnę.

ONO

Złorzeczysz?

ONA

Zła nie rzeczę. Bo zła nie jestem. Ty też zła nie jesteś. Inne jesteśmy. Ty kochasz, ja pożądam. Ty przytulasz. Ja pierdolę. Ty całujesz. Ja rżnę.

ONO

Kobietą będąc…?

ONA

Od kiedy rozróżniasz kobiety i nie kobiety? Ty? Cokolwiek być miało!!!

ONO

Cokolwiek… znaczenia nie pojęłaś… Kobiecość ciepłem promieniuje. Kobiecość miękkością uwodzi. Nawet ta twarda kobiecość rozumiejąca jest i współczująca. Różna niż męskość a słowa twoje mężczyzną podszyte. Skąd to? I jak to? I po co to tak? Gdy ja jestem tu z tobą. Ty jesteś tu ze mną. Wszechświat tworzymy. Piękno dziełem naszym. I ty na zniszczenie to wszystko? Ot, tak sobie…? Dla fiuta fanaberii?

ONA

Dla fiuta poczucia. Nie dla fanaberii. Jak możesz zrozumieć jeśli nie rozumiesz? Doświadcz choć raz…

ONO

Nie interesują mnie fiuckie doświadczenia. Dobrze mi tak jak jest.

ONA

Nie dyskutuj więc. I niższości fiuta nie udowadniaj jeśliś go nigdy w sobie nie poczuła!

ONO

Czy ja krzyczę?

ONA

Ja krzyczę! Wrzeszczę! Mordę drę! Z tęsknoty za orgazmem porządnym. Z tęsknoty za fiutem dostojnym co jak król mnie wypełni królową ze mnie czyniąc. Nie chcę już ciebie i twoich palców, twojego języka, twoich wibratorów, marchewek, ogórków, butelek… Chcę ciała pulsującego, dużego, potężnego…

ONO

I tak bardzo skończonego gdy tylko tchnienie białe z siebie wydali…

ONA

Tchnienia wspólne najpiękniejszym przeżyciem. Czy kiedykolwiek wspólnie z rozkoszy się wiłyśmy?

ONO

Nie chciałaś. Nigdy nie chciałaś w ten sposób. A pięknie być mogło. Wiem, bo doświadczyłam. Nie chciałaś… Dlaczego nie chciałaś? Czy zawsze dlatego, że zwiać pragnęłaś? I pretekst szykowałaś?

ONA

Nie myślę. Działam. Nie oskarżaj o pretekstowanie.

ONO

Więc kłamałaś mówiąc, że ważna jestem?

ONA

Byłaś ważna. Gdy mówiłam, że jesteś ważna. Chwile ulotne, migawki, łapię jak coś tam, pamiętasz tę piosenkę?

ONO

Hiphop
ONA

Takie właśnie jest życie całe. Ulotne. Z chwil malutkich złożone. Bez przywiązań. Żeby nie bolało. Raz tu, raz tam, przez chwilę, na chwilę, za chwilę, po chwili…

ONO

Nie chcę takiego życia. Chcę na zawsze. Na wieki wieków amen. Mieć pewność gdy zaufam.

ONA

Nie ma pewności. I nie ma zaufania. Sex jest. Lepszy lub gorszy. Lepiej gdy lepszy. Wzruszenie ramionami gdy gorszy. Nie ma nic więcej. Ciało jest. Piękne mniej lub bardziej. Brzuch płaski. Cycki b , nie mniejsze i nie większe niż 70… Kości miednicy wystające. Kolana kłujące. Sex szalony… Oko umalowane. Szminka na jego udach…

ONO

Idź.

ONA

Tak już?

ONO
Już tak.

ONA

Jak chcesz.

ONO

Idź…

ONA

Nie chciałam cię skrzywdzić…

ONO

Idź…

ONA

Przepraszam… Nie chciałam cię skrzywdzić…

ONO

Idź…

ONA

Więc idę. Decyzją twoją w ramiona jego popychana z nadzieją na pchnięcie wniebowzięcie.

ONO

Idź…

Ona znika. Światło punktowe na Ono.

ONO

Mam 23 lata. Jestem zwyczajną dziewczyną. Chciałabym, żeby ktoś mnie kochał. Żebym ja mogła kochać. Nie ktoś. Kobieta. Moja kobieta. Narzeczona. Kochanka. Żona. Przyjaciółka. Chciałabym mieć białą sukienkę. I żeby ona też miała białą sukienkę. Bo każda dziewczyna o tym przecież marzy. Tak nam to wbito do głowy. Nawet jeśli mówią, że mają to w dupie to gdzieś głęboko, bardzo głęboko siedzi ta królewna w wieży z feministycznych gadek… Nie ma sensu jej więzić. Kobieta jest kobietą. Matką. Bez kobiet nie ma życia. Bez kobiet nie ma ciepła. Nawet moi koledzy tak mówią. Spotykamy się, przytulamy… Potrzebują ciepła czasami. Nie wiem jak to jest gdzie indziej. Nie wiem czy geje z Londynu albo Amsterdamu albo San Francisco też przytulają się do swoich koleżanek lesbijek. Wiem, że robią sobie dzieci. Bez seksu. Też chciałabym mieć dziecko. Tak bardzo chciałabym mieć dziecko, dużo dzieci… Rodzinę… Taką jak moja… Wesołą, wspaniałą rodzinę. Święta. Dwanaście potraw. Ja, ona, nasze dzieci… może, żeby być fair to koledzy – ojcowie… Nasi rodzice… Jakie to byłyby piękne święta. Tyle ludzi. Tyle śmiechu. Tyle prezentów. Tyle radości. Mam 23 lata.  Jestem zwyczajną dziewczyną. Podobają mi się inne dziewczyny. Nigdy nie kochałam się z mężczyzną. Nie umiem. Nie napawa mnie to obrzydzeniem. Po prostu mnie nie kręci. Tak jakby ktoś mi zaproponował sex z krzesłem. Co innego przyjaźń… Faceci są wspaniałymi przyjaciółmi. Kobiety tak nie potrafią. Może przez to, że musiały przez mężczyzn kłamać… Mężczyzna, który jest przyjacielem nie zdradza… Kobieta w końcu zdradzi… za mężczyznę najczęściej, przeciwko drugiej kobiecie. Jestem jeszcze zbyt młoda, żeby to wszystko rozumieć. Dla mnie jest białe i czarne. Ona mówi, że z czasem czarne robi się jaśniejsze a białe się brudzi. I wychodzi, że wszystko jest szare. Ona idzie do mężczyzny, którego nie kocha tylko dlatego, że… nie wiem… naprawdę nie wiem dlaczego ona idzie do mężczyzny, którego nie kocha. Może dlatego, że mnie też nie kocha. Acz kiedyś go podobno kochała.  Może teraz boi się kochać. Z miłością jak z nałogiem. Miłość jest jedna. Tak jak nałóg jest jeden. Do kobiety czy do mężczyzny. Jedna miłość. Od wódki czy od heroiny. Jedno uzależnienie. Mam 23 lata. Jestem zwyczajną dziewczyną… Chcę urodzić dwoje dzieci. Chcę je dobrze wychować. Chcę pracować w szkole. Chcę pokazywać młodym ludziom, że tak naprawdę dobro zawsze zwycięża zło. Że trzeba się rozwijać. Chcę mieszkać z nią. Jedną, jedyną nią. Chcę mieć rodzinę. Zwyczajną rodzinę. Bo przecież jestem zwyczajną dziewczyną.

/światło gaśnie; zapala się drugie, nad stolikiem kawiarnianym, przy którym stoi jedno krzesło i kanapa; na kanapie Ona i On/

ONA

Cudownie, że czas dla mnie znalazłeś, mężczyzno ze snów moich… Tęskniłam za tobą… Tęskniłam jak kotka za wiosną gdy lutego dzień 29 się rozpoczyna. Tęskniłam jak Wenus do Marsa i Saturn do Plutona. Jak piotruś do czarnego i jak mysz do dziury… A propos…

ON

Nie mów… przez chwilę możesz proszę mówić przestać? Proszę?

ONA

Ależ oczywiście, tak kochanie, mówić przestać mogę, cóż to dla mnie mówić zaniechać, słów z ust nie wydobywać, oddech miarowy ustalić, język uśpić na minetę lub dwie…

ON

Proszę… Chciałbym posłuchać jak Ono śpiewa…

ONA

To lesba przecież… Cóż cię tak w lesbie fascynuje? Ja tu jestem… nie patrzysz. Jestem tu, siedzę w bliskości twojej rozkosznej… nie patrzysz. Mówię do ciebie, gorąca, płonąca, gorejąca niczym krzewów czerwonych połacie abisyńskie… nie patrzysz.

ON

Słucham… Jej słucham bo pieśń o miłości snuje… a miłości potrzeba w tym świecie, w tym mieście i miejscu, na kanapie tej też miłość przydać by się mogła, nie tylko pożądania złote pióra ale bliskości, ciepła, uśmiechu spokojnego woalka…

ONA

Ty szpilki całowałeś na stopach moich i ty lokami memi zachwycon z orgazmu w orgazm niczym anioł a nie mężczyzna frunąłeś…

ON

Ćśśśśśś….

ONO
/śpiewa piosenkę J. Kofty*/

Wiem, że miłość jest udręką
Bo się wszystkiego od niej chce
Ja pragnę mało, malusieńko
A właściwie jeszcze mniej

Ździebełko ciepełka
W codziennych piekiełkach
W wyblakłym na szaro obłędzie
Różowa perełka, ździebełko ciepełka
Znów wiem, że jakoś to będzie

Gdy serce ukłuje przykrości igiełka
I biedne się czuję, niczyje
Ciepełka ździebełko
Ździebełko ciepełka
Wystarczy i wszystko przemija

Ździebełko ciepełka
Diamencik ze szkiełka
Czułości kropelka na listku
Ciepełka ździebełko
Tkliwości światełko
W twych oczach wystarczy za wszystko."

ON

Rozumiesz?

ONA

Phi…

ON

Nie rozumiesz…

ONA

Dostałeś ode mnie wszystko. Wszystkie marzenia, fantazje, imaginacje, pożądania, wymagania, myśli nie wypowiedziane a nawet te nie zrodzone odgadywałam i w realną rzeczywistość zamieniałam. Ku twemu zadowoleniu. Ku radości twej a pamięci o mnie zachowaniu. Żebyś wiedział, że jestem. Twoja na wieki. Na zawsze. Od zawsze.

ON

Czego w jej łóżku szukałaś?

ONA

Ciebie szukałam, najmilszy…

ON

A kimże ja jestem, żeby w łóżku niewinnej dziewczynki mnie szukać? Wolanda ze mnie nie rób publicznie… W barze jesteśmy… W kawiarni… W galerii. W…, kurwa, co za czasy pierdolone!!! W miejscu publicznym w każdym razie gdzie kawę, herbatę i alkohol podają, gdzie Ono śpiewa po godzinach a inne one obrazy swe wieszają w cenach przystępnych dla przeciętnego geja.

ONA

Nie unoś się, kochanie… nie…

ON

Mnichem tybetańskim też nie jestem więc sztuki lewitacji nie zgłębiłem więc unosić się nie umiem. Więc co ja tu robię? I co ty tu robisz?

ONA

Ja zawsze u boku twego, najmilszy…

ON

Twór mój, wytwór i potwór. Potworniak. W co wierzysz?

ONA

W co wierzę?

ON

W echo wierzysz?

ONA

W echo wierzę? Nie… nie wierzę…

ON

Ateistka… To normalne w czasach naszych pauperyzacji pełzającej niczym anakondy z mambą skrzyżownia… Ale ja pytam: w co wierzysz?

ONA

A, wiara? Żeby żyć móc? Ta wiara?

ON

Obojętne…

ONA

Nie wiem w co wierzę. W coś wierzę. W chleb nie wierzę bo od chleba się tyje. W rodzinę nie wierzę bo rodzin nie ma, chyba, że gejowskie, jeszcze nie przechodzone, walką i krwią uświęcone… W honor nie wierzę, honor w powstaniu się spopielił, w kanałach utopił… Ja… w ciebie wierzę, w słowa twoje, w drogi twoje…

ON

O bożeeee…

ONA

Dlaczego? Ja nie mam nikogo innego… Tyś mnie stworzył wraz ze światem kolorowym. Twoja ja jestem nawet jeśli czasem gdzieś znikam ale przecież znikania tego sam mnie nauczyłeś, sam ty mi mówiłeś, że stałość niestałą tylko być może, że sex najważniejszy dla higieny psychicznej, że nie ma nic na tym świecie prócz zaspokajania… Słowa to twoje, moje objawienia… Zniknąłeś na pastwę innych mnie pozostawiając a ja przecież twoja… Jak mogłeś? I jak pytać dziś możesz… Lecz przyszedłeś… Więc wierzę, tak, w ciebie wierzę, najmilszy… I… w fiuta twojego… co orgazmem jedynym, jak diament twardym mnie obdarzył, niepowtarzalnym jak śniegu opłatek, komunię w ciele mym składając na moje zatracenie, przez własne me życzenie, na dłoni twojej skinienie..

ON

Wychodzę…

ONA

Nie rób mi tego, kochany… Lub wyjdź ze mną lub weź mnie zanim wyjdziesz. Ja mówić już nie będę, weź mnie tylko, ja proszę, i błagam, weź mnie jak brałeś lat temu dziesięć na tylnym siedzeniu twojego mercedesa, i w wannie z róży płatkami, i w wannie szampanem wypełnionej gdy moja srebrna sukienka na twój różowy smoking upadła, weź mnie jak brałeś na Wisły brzegu i na moście i pod sceną, i weź mnie jak wziąłeś po wizycie w Fugazi gdy spermę twą raz pierwszy po raz zasmakowałam i zrozumiałam, że jedynym jesteś ty dla mnie choć ja dla ciebie zabawką.

ON

Nie byłaś zabawką. A jesteś zabawką. Nie dla mnie… Dla siebie. Dla świata. Co się zmieniło? Przez dziesięć lat? Może dwanaście? Co się zmieniło od czasu gdy się kochaliśmy tak pięknie. Gdzie się pogubiłaś, że mówisz to co mówisz? Czy wiesz kim jesteś czy wiesz kim oni chcą żebyś była? A mnie w to nie mieszaj… Nie widzieliśmy się tak dawno… W jaką dróżkę skręciłaś ciemną i krętą? Gdzie jesteś?

ONA

Ja… nie wiem… Nie pamiętam… Przecież taką mnie chciałeś… O takiej mówiłeś…

ON

Ale gdzie ty jesteś??? Ty!!! Twoja pewność siebie, samo siebie uwielbienie, wiara i wiedza, żeś mistrzem świata, hrabią monte christo?

ONA

Ja… nie wiem… Nie pamiętam…

ON

Dałaś się porwać szarości przeciętności w pozorach fotomodelki… Ugrzęzłaś w kolorowych gazet zatrzęsieniu… Nawet do łóżka im wleźć pozwoliłaś… I nic nie zostało… Nie ma hrabiego monte christo, nie ma meksykańskiej czarownicy… Jest coś, co skamle o kawałek fiuta. Jest wielkie nic, które nie wie już nawet co to jest miłość. Nic jest. Jesteś nic. Wiesz o tym?

ONA

Ja… nie wiem… Nie pamiętam…

ON

Wierzysz we wszystko co mówią. Albo w nic nie wierzysz. Mity sobie tworzysz i w nie chcesz wierzyć. Nie myślisz, że czas płynie, że zmieniają się inni tak jak i ty się zmieniłaś. Ale ponieważ zapomniałaś więc już nawet nie pamiętasz z kogo w co się zamieniłaś. Jak mogłem się z tobą spotkać i myśleć, że będziesz matką moich dzieci??

ONA

Nie będę matką niczyich dzieci lub dzieci niczyich. Nie mogę rodzić dzieci. Nie chcę żadnych dzieci. Dzieci są obrzydliwe. Dzieci niszczą ciało, zabierają mózg, wyciągają piersi, rozciągają brzuch… Nienawidzę dzieci… Boję się ich… Krzyczą i kłamią, brudzą i śmierdzą, kradną i odchodzą…

ON

Ja chcę mieć rodzinę…

ONA

Rodzinę??? Ty, największy ogier w całej załodze, chcesz mieć rodzinę??? Nie… umieram… umieram tu i teraz… Rodzinę!!!

ON

Przecież też kiedyś chciałaś mieć rodzinę. I dzieci. Wtedy nie byłem gotowy. Teraz jestem. Teraz ty nie. Ciebie nie ma. Nastąpił zastraszający brak… odwrót, kołowrót, wodogłowie…

ONA

Kim jesteś?

ON

Nie jestem tym, który zła wiecznie pragnąc wieczne dobro czyni.

ONA

Kim jesteś?

ON

Tantrycznym kochankiem. Cierpliwym przyjacielem.

ONA

Zawsze tym byłeś. Nigdy nie chciałeś się rozmnażać.

ON

Ludzie się zmieniają. Ty też się zmieniłaś. Choć dziwnie. Inaczej. Nie mnie jednak oceniać. Dla mnie ty jesteś nie dla mnie. Już..

ONA

A było tak tuż, tuż… Nie rób mi tego… O seksie z tobą śnię od lat dziesięciu. Nigdy nie spotkałam innego, który tak jak ty się ze mną kochał. Nigdy nie spotkałam innego, który tak jak ty mnie dotykał. I nigdy nie spotkałam innego, który miałby fiuta choć odrobinę do twojego podobnego.

ON

Fiut jest nieważny. Nieważny zupełnie. Jedność jest ważna. Porozumienie. Bliskość. Oddanie. Zaufanie. W oczy patrzenie. Oddechów zsynchronizowanie. Serca dotykanie.

ONA

Tak będzie. Już teraz tak będzie. Zobaczysz jak pięknie.

ON

Och, nie kłam… wiem czego chcesz, wiem po co przyszłaś, wiem, że pończochy, pas burgundowy, wiem, że gotujesz się cała, otwarta szeroko, rozdziawiona bezzębnie, z nadzieją na wypełnienie fiutem moim potężnym… Więc nie kłam już więcej. Nie kłam… Kłamstwo tak boli, obrzydza, zasmradza…

ONA

Więc co ja tu robię?  Więc po co się łudziłam? Że ten co mnie stworzył będzie mnie kochać jak kiedyś mnie kochał…

ON

Kochać? Ty nie chcesz miłości. Chcesz rżnięcia, by wióry leciały, dłoń i fiuta mieć w sobie a i tak nie poczujesz spełnienia boś pusta. Pieprzenia na dachu kamienicy gdy słońce wschodem niebo pastelowo maluje. W metra zakamarkach na przekór policjantom lub ku przestrodze. Na ulicy Rozbrat porą niezbyt późną, by legii kibice mogli się na twój tyłek wypięty wgapiając o wytrysk przyspieszony pokusić. Chcesz krzyczeć i jęczeć. Nie! wołać nogi rozkładając. Drapać i gryźć, płakać i śmiać się. Czuć wszystko i nic już nie czuć.

ONA

Więc wiesz jednak…

ON

Nie dostaniesz. Nigdy nie dostaniesz. Bo żywi z trupami do łóżka nie chodzą. A ożyć jeśli chcesz – sama to zrobić musisz. Nie trzeba umrzeć, żeby nie żyć. I nie trzeba żyć, żeby móc umierać. Odchodzę. Nie dzwoń… Dopóki oddech głęboki płuc twych nie poparzy, światło słoneczne oczu nie wypali, uczucia serca nie rozerwą…

ONA

…

ONO
/śpiewa piosenkę J. Kofty**/


Nie, nie możesz teraz odejść
Kiedy cała jestem głodem
Twoich oczu, dłoni twych
Mów, powiedz, że zostaniesz jeszcze
Nim odbierzesz mi powietrze
Zanim wejdę w wielkie nic

Nie, nie możesz teraz odejść
Jestem rozpalonym lodem
Zrobię wszystko, tylko bądź
Bądź, zostań jeszcze chwilę, moment
Płonę, płonę, płonę, płonę…
Zimnym ogniem czarnych słońc

Nie, nie możesz teraz odejść
Popatrz, listki takie młode
Nim jesieni rdza i śmierć
Bądź – proszę cię na rozstań moście
Nie zabijaj tej miłości
Daj spokojnie umrzeć jej

/On i Ona znikają; na scenie oświetlona jest tylko Ono; gdy kończy śpiewać siada; po chwili przysiada się do niej On/


ON

Pięknie śpiewasz.

ONO

Dziękuję.

ON

Nie chodzi mi o łatwy podryw. Naprawdę bardzo mi się podobało jak śpiewałaś.

ONO

Miło mi. Ja… ja jestem lesbijką więc nawet jeśli to miałby być podryw to i tak nic by z tego nie wyszło.

ON

Wiem.

ONO

Jak to?

ON

Ona mi powiedziała.

ONO

Ona?

ON

Tak…

ONO

A więc to ty?

ON

…?

ONO

Odeszła. Zostawiła mnie dla ciebie. Nie chciała bliskości. Chciała seksu. Chciała najdłuższych i najbardziej wstrząsających orgazmów współczesnego świata. Chciała być piękna, żebyś jej pożądał. Żeby cały świat się nią zachwycał… Zatrzymywał się dla niej, wielbił ją i opiewał… Wydaje fortunę na kremy, masaże… Chciała być piękna na wieki wieków amen. Jak królowa śniegu. Choć ją kochałam,

ON

Też ją kiedyś kochałem. Była inna. Czy mogłem ją zniszczyć? Czy to była jej decyzja?

ONO

Zgubiona próbowała odnaleźć. Stąd pewnie moje łóżko. Nie wiem. Jestem jeszcze młoda.

ON

Ja powinienem wiedzieć. A może można coś jeszcze dla niej zrobić? Żeby wróciła. Taka jak kiedyś… Roześmiana. Otwarta. Spokojna.

ONO

Nic już nigdy nie będzie jak kiedyś. Jej już nie ma. Ona odeszła. I odejdzie jeszcze dalej. Jeszcze bardziej. Jeszcze głośniej. Będzie leżeć na barze a mężczyźni i kobiety będą spijać z niej tequillę, sól i limonkę zlizywać. Będzie tańczyć w samych podwiązkach i oblewać się szampanem. Będzie leczyć kaca śnieżną ścieżką koksu.  Aż ocknie się nieprzytomna na ulicy obcej i brudnej. I nie będzie nic pamiętała…

ON

I wtedy wróci…

ONO

I wtedy się zabije…

ON

Nie…

ONO

Tak.

ON

Dlaczego?

ONO

A po co żyć będzie? Pusta… Samotna… Nieukochana… Odtrąciłeś ją… Choć robiła wszystko, by być taką jakiej chciałeś…

ON

To było dawno… Kiedyś… Dawno temu… Gówniarz byłem…

ONO

Dla niej mistrz…

ON

Ona… ona mówi, że od dzieci rozciąga się brzuch i piersi…

ONO

Bo to prawda…

ON

Ale przecież coś musi pozostać…

ONO

A wiesz ile jest roboty przy dziecku? Żeby je wychować? Nie żeby sobie rosło i sobie było ale żeby je wychować? Full time job… Albo i dwa joby…

ON

No i co z tego?

ONO

Nic… Ja tylko staram się ją zrozumieć…

ON

Kochasz ją?

ONO

…

ON

A ja już nie… Wtedy… wtedy była jak świeżo rozkwitnięty bez… I nie była taka chuda… Była piękna… Swobodna… Roześmiana… Wolna… Tak… Była wolna…

ONO

Nie ty ją zniewoliłeś?

ON

Nie… Sama założyła sobie te wędzidła… Zniknąłem… To prawda… Ale wiedziała, że zniknę… Zawsze znikałem… Był szalony sex a później znikałem… Zero przywiązań… Z nią trwało to dłużej… Nie umiałem odejść tak jak od innych… W końcu odszedłem… Wiedziała, że tak będzie…

ONO

Ona robi dokładnie to samo…

ON

Co robi dokładnie to samo?

ONO

Robi z ludźmi to, co ty zrobiłeś z nią…

ON

Jak to?

ONO

Jest z kimś przez chwilę… później znika… nie chce się angażować, nie chce kochać, nie chce być kochana… chce się pieprzyć i iść dalej…

ON

Ale to nie przez mnie…

ONO

Przez ciebie…

ON

Nie!

ONO

Tak!

ON

NIE!

ONO

Tak!

ON

Oczywiście, że nie… Wtedy wszyscy tak robili… Taki był czas… Ale to się skończyło… Ile można pieprzyć dla samego pieprzenia?

ONO

Nie wiem… Ona to robi…

ON

Ona się boi… Ona nie umie… być z drugim człowiekiem, otworzyć się, zaufać, nie chce rodziny, nie chce związku, chce seksu…

ONO

No…

ON

No i co?

ONO

Trzeba się z nią pożegnać…

ON

A myślałem, że będziemy mieli dzieci… Kiedyś o tym rozmawialiśmy…

ONO

Kiedyś, kiedyś, kiedyś… Wszystko kiedyś… A teraz jest teraz… I przestań się zachowywać jak jakaś babcia stuletnia… Mam dosyć… Ta rozmowa zupełnie donikąd nie prowadzi… To wszystko w ogóle donikąd nie prowadzi… Jestem zmęczona…

ON

Poczekaj… A ty… ty chcesz mieć dzieci?

ONO

Pewnie…

ON

A chciałabyś mieć dzieci ze mną?

ONO

Słucham?

ON

Bo wiesz… Mnie już nie interesuje seks jako taki… Ja mam inne sprawy… Czy innym się zajmuję, na coś innego potrzebuję energii… Ale chciałbym mieć rodzinę… Ja wiem, że to co mówię może brzmieć trochę dziwnie…  Nie jestem gejem… Tylko… nie wiem… może za dużo tego było w moim życiu… Chciałbym móc się przytulić do kogoś, pogadać, posłuchać muzyki, patrzeć jak rosną nasze dzieci ale nie pieprzyć… Rozumiesz?

ONO

Rozumiem…

ON

?

ONO

Ok… Ale co gdy spotkam kogoś kto będzie dla mnie ważny?

ON

Będziemy mieszkać we trójkę… Mi to naprawdę nie przeszkadza… Ja po prostu chce mieć do kogo wracać…

ONO

A co z nią?

ON

Było by pięknie gdyby mogła z nami być…

ONO

Wybaczysz jej?

ON

Wybaczyć? Tu nie ma nic do wybaczania…

ONO

Przecież kazałeś jej odejść bo nie była sobą… Czy jesteś w stanie przyjąć ją taką jaka jest?

ON

Jaka jest…  Nie wiem… Jeśli zaakceptuje fakt, że seks tylko z tobą…

ONO

Nie zaakceptuje…

ON

Skąd wiesz?

ONO

Bo do ciebie odeszła. Ode mnie…

ON

Do mojego fiuta, nie do mnie… A to zasadnicza różnica… Mojego fiuta już nie ma…

ONO

Trzeba więc będzie z nią pogadać…

ON

A dzieci?

ONO

Urodzę ci dzieci… Ale bez seksu…

ON

Oto spełniają się moje marzenia…

ONO

Choć nie powinny… Nie byłeś dobrym człowiekiem…

ON

Nigdy nie kłamałem…

ONO

Ale raniłeś…

ON

Nieświadomie

ONO

A jednak…

ON

Swoje odrobiłem… Nie wiesz wszystkiego…

ONO

Nie wiem… Nie muszę wiedzieć… Masz dobrą wibrację… i spokojne spojrzenie… i dla niej jesteś ważny… Nawet jeśli inaczej jest teraz niż kiedyś…

ON

Wrócimy ją… Zrobimy to dla niej, dla mnie, dla ciebie…

ONO

Ja nie potrzebuję…

ON

A ona?

ONO

Zmienię ubranie… Zaraz przyjdę… Zanim wyjdziemy… Do domu?

/Ono znika, On zostaje sam/

ON

Kiedyś mówili o mnie „młody bóg”. Choć nie byłem już tak młody. Mam 43 lata. Większość moich kolegów nie żyje. Zabili się na motorach albo zaćpali w różnych konfiguracjach. Paru zostało wchłoniętych przez organizmy rodzinne. Ja przetrwałem. Zbudowałem swój kawałek kapitalizmu i zgłosiłem dezinteresmą. Spędziłem kilka lat w Indiach. Odkryłem Pakistan, Afganistan, trupy zbierałem w Tajlandii… Prawdziwe życie… Wróciłem, żeby coś po sobie zostawić. Pewnie, że tam też mogłem się rozmnożyć. Albo przywieźć kobietę. Piękne są… Ale to nie tak… Jestem stąd… Tu się urodziłem i tu się wychowałem. I chcę, żeby tu się urodziły i wychowały moje dzieci. To jest teraz dla mnie najważniejsze. Gdy zadzwoniła pomyślałem, że będzie jak dawniej. Jak wtedy, kiedy mówili o mnie „młody bóg”. Choć nie byłem już tak młody. Mam 43 lata. Pomyślałem, że spełni się to wszystko o czym szeptaliśmy podczas bezsennych nocy. Tak bardzo się pomyliłem… Moja intuicja wzięła sobie długoterminowy urlop. Jest mi tak źle. Jest mi przykro i smutno. Nawet oglądanie umierających na bajzlu kumpli nie było tak dotkliwym przeżyciem. Ale ich nie kochałem. Albo kochałem inaczej. Z nimi nie sypiałem. I nigdy nie myślałem, żeby mieć z nimi dzieci. A gdy ją pieprzyłem, dziesięć lat temu, ta myśl pojawiała się i znikała… pojawiała i znikała… pojawiała i znikała… Kusiła… Ale jeszcze nie dojrzała. Aż przyszedł czas. A matka moich dzieci została fotomodelką i prezenterką w młodzieżowej telewizji, ma kilkanaście kilogramów niedowagi, pieprzy się ze wszystkimi i ciągle jej mało… A mogło być tak pięknie… Kurwa mać!!! Co jest nie tak??? Gdzie jest błąd? Jaki kod nie wszedł? Albo jakiego jest za dużo? Moje dzieci urodzi lesbijka, która kocha kobietę, która kocha mnie, którą ja kiedyś kochałem i może nadal kocham tylko się boję miłości do kogoś tak obcego… A może się boję, że wróci tamto uczucie niespełnienia, pragnienie zaspokojenia, poszukiwanie czegoś, co jest bliżej niż na wyciągnięcie ręki…A może sam nie wiem czego chcę…  może wstyd się przyznać… może zostałem gdzieś daleko z tyłu a ona poszła do przodu i wyprzedziła mnie o lata świetlne… może wciąż jestem w Afganistanie, nastukany ziołem i tylko to wszystko sobie wymyślam… Albo może w ogóle jesteśmy powymyślani… Papierowi… Sterowani… Taka metamakieta… A może tylko makietka…. Skąd mamy to wiedzieć? Wiemy nic… Może rzeczywiście jak u Wachowskich… Nie wiem… Nie wiem… I nie wierzę tym, którzy twierdzą, że wiedzą… Chciałbym, żeby ona wróciła… Żeby ubrała się jak człowiek, nie jak manekin… Żeby nie miała pomalowanych oczu i policzków… Żeby się uśmiechała całą sobą… Gdzie się nie spotkaliśmy?

/gaśnie światło; po chwili Ono, On i Ona na łóżku/

ONA

Tańczę na stole, kieckę zadzieram, depczę kieliszki, tłukę szkłooooo… Łyczka ktoś sobie winszuje? Zanim udamy się w głąb dusz naszych bezecnych na orgię w wyobraźni bo jednemu nie staje, druga lesbijka a trzecia się zaraz napierdoli aż strach…

ON
Jak długo?

ONA

Będę tak skakać i śpiewać i ciągnąć burbona z gwinta? Tak długo aż nie padnę. A gdy padnę to wstanę niczym sfinks z popiołów, w diament się zamienię, zabłysnę, oślepnę i znowu zacznę od początku, który zawsze, nieodmiennie na końcu w początek się znowu zamienia.

ONO

Nie skacz po mnie…

ONA

Och przepraszam panią najświętszą, czystą jak łza co w miłość wieczną wierzy bo gdyby zwątpiła to w kość słoniową by się zamieniła.

ON

Po co?

ONA

Nienawidzę was… Nie wiem po co mnie tu przyciągnęliście ale czuje, że was nienawidzę…

ON

To postęp…

ONA

To podstęp…

ONO

Posłuchaj…

ONA

Zaśpiewam!

ONO

Posłuchaj…

ON

Ono cię kocha…

ONA

Też mi rewelacja, objawienie, z nieba zstąpienie…

ON

Ja też cię kochałem…

ONA

Lecz już nie kochasz bo kochać to znaczy zaakceptować a tobie się życie moje, choć twoje, zupełnie nie podoba… Wybacz najmilszy, nie dane mi było z talibami hasz palić, nie dane mi było przez góry się przedzierać, nie wiem co ważne jest w życiu a co nieważne, wiem, że łóżko jest dla mnie tym czym dla ciebie wiem nie co… a w zasadzie nie wiem bo tylko oskarżać mnie umiesz…

ONO

Nie płacz…

ONA

Jak łez mam zaniechać gdy wszystko co tak być powinno jest wprost proporcjonalnie odwrotne, gdy człowiek co guru moim, bogiem nad bogami, twarz na makatce i po drugiej stronie lustra, gdy człowiek w czasie przeszłym mówi o mnie i o uczuciach i krzyczy, że mnie nie ma gdy jestem, jestem bo płaczę, jestem bo czuję, a on krzyczy, że martwica, znieczulenie, pawulon, gorzej niż heroina więc tak, więc płaczę a łzy niech żłobią bruzdy na policzkach mych gładkich jak jedwab, niech bruzdy głębokie wyżłobią ku zapamiętaniu tej chwili, chwil tych niedocenienia…

ON

Ożyłaś?

ONA

Nigdym martwa nie była…

ON

Byłaś… Gdybyś nie była, nie odeszłabyś, nie dzwoniła…

ONO

Wiesz?

ONA

A kogo to dzisiaj obchodzi… Dla was jestem martwa jak kawka w centrum miasta, jak gołąb w kominie, martwa, śmierdząca, tak bardzo nieprzyjemna…

ON

Ale czujesz… Coś się zmieniło od spotkania naszego ostatniego…

ONA

Czuję? A może udaję? Może te łzy z pojemnika plastikowego, lunch boxu, butelki pet? Skąd możesz wiedzieć?

ONO

Zawsze czułaś… Uciekać tylko ci było po drodze, wiedzieć, nie wiedzieć, uciekać…

ONA

Nie uciekać… Nie być, nie zatrzymywać się, w drodze być, panna ONA nieustająco w podróży, z croisantem i kawą na śniadanie bynajmniej nie u tiffaniego, za każdym szelestem się oglądająca z nadzieją na człowieka choć już dawno znaczenie zgubiła, siebie zgubiła, przyjaciół zgubiła, a może nigdy nic nie miała więc i gubić co nie było w zawiei deszczowej, więc tylko liście czerwone do koszyka i kasztany na przyjaciół, o dłoniach zapałkowych i oczach koralikowych na klej kropelkę przytroczonych, żeby pogadać było z kim i o czym bo przecież gdy się wygląda jak ja wyglądam to gadać się nie ma prawa więc maska tak już do twarzy przyrośnięta, że twarzą się stała, nic nie wiem, nic nie rozumiem, nie ma mnie, jestem, nie ma, jestem, ty jesteś, on jest, ciebie, nie ma, jego, nie ma, zamieszanie, pomieszanie, mąki przesianie, plew odrzucenie, wiec może plewem jestem, plewą, prewką ze świetlną od oryginału odległością…

ON

Kochanie…

ONA

Nie jestem twoim kochaniem!

ON

Proszę… Musimy porozmawiać…

ONA

Rozmawiamy…

ONO

Nie, ty mówisz…

ONA

Milczę…!

ON

Ono urodzi nasze dzieci… Ono cię kocha… Ja cię kochałem i mam nadzieję, że znowu cię pokocham… Ty mnie kochałaś… Ono też chyba… Pytanie: zamieszkaj z nami…

ONO

Bez zobowiązań, tak jak zawsze mówiłaś, po prostu grupa przyjaciół, serc przetrąconych, zawsze na siebie liczyć żeby można było, a gdy znowu w pogoń za orgazmem się wybierzesz to ze świadomością, że masz gdzie wrócić, że szklankę wody ci podamy, że…

ON

A miłość może się obudzi… I ty może po czasie na wyhamowanie się z lekka odważysz…

ONA

Powariowali… Gorzej niż moja matka świętej kiedyś pamięci co spoczywać będzie w spokoju rozsypana nad morskimi falami…

ONO

Ranisz niczym sztylet bezpański… Bezmyślnie, bez sensu, bezbłędnie…

ONA

Ranić dopiero zacznę niczym łania z rana zraniona, płód poroniony w zaświaty wysłany…

ON

Nie tak…

ONA

Ty mówić jak nie będziesz. Prawo to sobie odebrałeś brakiem miłości…

ON

Tobie miłości brak, nie mnie…

ONA

Ja pragnę miłości… Umieram z tęsknoty za nią…

ONO

Nieprawda…

ONA

Odezwała się… Małolata…

ONO

Gdy samotna byłaś w macicy mojej się zawierałaś… Wracałaś do mnie, łzy w moje piersi wlewałaś, by później spijać je jęcząc z rozkoszy… Pytałaś czy wygląd twój uwiedzie samców kolejnych, sztuczki na mnie najpierw próbowałaś zanim w świat z nimi poszłaś, w moich sukienkach na kastingi, z moimi pocałunkami na łonie szłaś i zwyciężałaś… Cóż więc znaczyć mają słowa twoje? Śmierci się po mnie spodziewasz? Nie… Ja żyć będę… długo i szczęśliwie z dziećmi w domu, z miłością, szacunkiem, zaufaniem…

ON

To właśnie dać ci chcemy… Zamiast twojego zamieszania, pomieszań eskalacji, rozdwojeń, rozmnożeń niepotrzebnych, popychu przepychu w depresji trenach…

ONA

Nie potrzebuję waszej łaski…

ONO

To nie jest łaska… To jest odruch serca… Decyzja przemyślana bo inna być nie mogła… Jeśli się kocha kogoś bardziej niż siebie samego to najlepsze się chce dla niego, o sobie zapominając więc…

ONA

…on nie chce najlepszego. On nie wiem czego chce…

ON

On też nie zawsze wie czego chce…

ONO

Czy są jeszcze ludzie, którzy zawsze wiedzą czego chcą?

ONA

Ja wiem…

ON

Ja nie wiem.

ONO

Ja nie wiem.

ONA

No i co?

ON

Powiedz.

ONO

Jak czujesz…

ON

Co czujesz…

ONA

…i gdzie czuję? Tu czuję… na piersiach mych kształtnych i pięknych, na sutkach brązowo-różowych, co nie są ani za duże ani za małe, na szyi długiej i białej co strefą erogenną jest potężnie, na brzuchu też czuję gdy palcem przez pępek sunę i niżej gdy schodzę, do włosów łonowych linii magicznej, i kręcę się w kółko przez chwilę o ciepło na czole się przyprawiając, aż otwarta jestem na palec, dwa palce, trzy palce, cztery palce i pięć… dłoń całą czuję… tak czuję, że żadne z was dać tego mi nigdy móc nie będzie mogło.

/oni znikają; Ona zostaje sama/

ONA

Wiem o sobie wszystko. Gdy w lustro patrzę twarz widzę raz obcą a raz nieobcą. Twarz, która ciąży więc nigdy nie zaciąży choć ciążyć będzie do końca dni swoich. Twarz, która się boi choć słowa strach nie wymawia. Twarz, która z uśmiechem do ludzi a z płaczem do samej siebie histerii obcym nie pokazywać, tak wychowana, histeria dobra jest dla mięczaków i niezależnie od tego jak miękka jestem, galaretowata, słowa nie dotrzymująca sobie samej złożonego to przecież ja wiem tylko a świat niech się napawa siłą mą z barbielandu bo przecież nie z wnętrza pochodzącą. Bo czym jest wnętrze? Głębią niezgłębioną, do której ręka żadna i fiut nawet czarny i wielki nie dotrze? Czy może myślą ulotną, punktem znikającym, którego stałość w działaniach odmierzana, wolą podlewana, spokojem nawożona? Mężczyzna chciał czego nie wiedział. Aż znalazł, że nic do znalezienia nie ma. I karze kobietę, która poszukiwać się odważa. A inna kobieta, choć uczciwa wydawać by się mogła, za fiuckim dopełnieniem biegnie, goni, leci archetypowi przytakując, macierzyństwo celebrując, rodzinę wirtualną choć namacalną budując z kimś kogo kochałam, kto drogi mi różne pokazał, kto kochać mnie uczył bez miłości a teraz tak często słowa tego nadużywając i skromność fałszywą przywdziewając upokorzyć mnie pragnie, za miłość moją do niego, za uczciwość w wyborach, za pójście pod prąd, na przekór wartościom rodzinnym, prokreacyjnym. Bo gdy mężczyzna pieprzy co popadnie to samcem jest wspaniałym. Kobieta natomiast jest dziwką na banicję skazaną, szkarłatną literą przyozdobioną, na stosie płonącą… Strach… Strach powoduje większy strach… Gdy wszyscy przeciwko mnie, kim jestem by zostać? Gdy przez najbliższych zdradzona, do pokory słowem przymuszana, kim jestem by zostać? Kto zna odpowiedź? Kto kim jest wie? Kim jest? Skąd jest? Dokąd podąża i ile ma na to czasu…? Cynizmem myśli pokryte niczym dragqueen ciało brokatem… Tak… maska na masce… W zamaskowanym świecie gdzie prawda leży? Pod piórami pawimi czy tyłkiem pawiana? Prawda już dawno się udusiła smrodem kłamliwych oddechów… Mam 33 lata. I starczy… Nie wiem ile żył Budda ani Mahomet… Wiem ile żył Chrystus Jezus… Pochodzę z kręgu kultury europejskiej, której pomieszanie ostatecznie i mnie pomieszało i ich pomieszało, zmieszało w blenderze miksując z kawałkami lodu i kiwi plasterkami, nic pozostawiając. A zamiast kręgosłupa mamy słowa… A zamiast obietnic mamy uśmiechy… A zamiast miłości mamy szybkie numerki albo seks tantryczny… Nie… nie narzekam… Ani nie żałuję… Nawet jeśli wybór to był nie mój tylko świata dobrze mi z tym było. Mam 33 lata. I starczy… Po co starać się bardziej? Po co gonić za jeszcze gdy osiągnęło się wszystko? Każda biała plaża jest taka sama, każde turkusowe morze jest takie samo, każda rafa jest taka sama, każda palma jest taka sama, każdy hamak jest taki sam… A orgazm? W zasadzie każdy orgazm jest taki sam… Oprócz tego jednego… co zdarza się raz… w całym życiu raz się zdarza… I szczęśliwi, którzy w starości go przeżywają… Bo wiedzą przynajmniej po co po ziemi się tłuką przez lata długie i mroczne… Mam 33 lata… I starczy… Drugi raz już tego nie przeżyję… Jak pięknie jest wiedzieć. I z wiedzą tą odchodzić… W spełnieniu pełnym… niespełnienia…

/Ona rozcina sobie żyły żyletką… gra muzyka w stylu lounge… On i Ono uprawiają sex…/

KONIEC



  • *utwór wykorzystany bez wiedzy spadkobierców autora
  • ** utwór wykorzystany bez wiedzy spadkobierców autora
 copyrights: Joanna Wrześniowska




niedziela, 12 czerwca 2016

wilde rose


Wilde Rose
Nick Cave

Kylie: 
They call me ‘The Wild Rose’
But my name was Elisa Day 
Why they call me it, I do not know
For my name was Elisa Day

Nick: 
From the first day I saw her, I knew she was the one 
She stared in my eyes and smiled 
For her lips were the color of the roses 
That grew down the river, all bloody and wild 

Kylie: 
When he knocked on my door and entered the room 
My trembling subsided in his sure embrace 
He would be my first man and with a careful hand 
He wiped at the tears that ran down my face 

They call me ‘The Wild Rose’
But my name was Elisa Day 
Why they call me it, I do not know
For my name was Elisa Day

Nick: 
On the second day, I brought her a flower 
She’s more beautiful than any woman I've seen 
And I said, “Do you know where the wild roses grow 
So sweet and scarlet and free?”

Kylie:
On the second day, he came with a single red rose 
He said, “Give me your loss and your sorrow”
I nodded my head, as I lay on the bed 
‘If I show you the roses, will you follow?”

They call me ‘The Wild Rose’
But my name was Elisa Day 
Why they call me it, I do not know
For my name was Elisa Day

Kylie: 
On the third day, he took me to the river 
He showed me the roses and we kissed 
And the last thing I heard was a muttered word 
As he knelt above me with a rock in his fist 

Nick: 
On the last day, I took her where the wild roses grow 
She lay on the bank, and went light as a thief
And I kissed her goodbye, said, “All beauty must die”
And I lent down and planted a rose between her teeth 

Kylie:
They call me ‘The Wild Rose’
But my name was Elisa Day 
Why they call me it, I do not know
For my name was Elisa Day
My name was Elisa Day
For my name was Elisa Day

piątek, 10 czerwca 2016

black and white



“I have a dream that one day little black boys and girls will be holding hands with little white boys and girls.” 

― Martin Luther King Jr., I Have A Dream


ciekawe informacje o bębnach djembe
http://www.pracownia-promyk.pl/djembe.php


czwartek, 2 czerwca 2016

Ryby na aby aby


Ryby, żaby i raki 
Jan Brzechwa

Ryby, żaby i raki 
Raz wpadły na pomysł taki, 
Żeby opuścić staw, siąść pod drzewem 
I zacząć zarabiać śpiewem. 
No, ale cóż, kiedy ryby 
Śpiewały tylko na niby, 
Żaby 
Na aby-aby, 
A rak 
Byle jak.
Karp wydął żałośnie skrzele: 
„Słuchajcie mnie przyjaciele, 
Mam sposób zupełnie prosty - 
Zacznijmy budować mosty!” 
No, ale cóż, kiedy ryby 
Budowały tylko na niby, 
Żaby 
Na aby-aby, 
A rak 
Byle jak.
Rak tedy rzecze: „Rodacy, 
Musimy się wziąć do pracy, 
Mam pomysł zupełnie nowy - 
Zacznijmy kuć podkowy!” 
No, ale cóż, kiedy ryby 
Kuły tylko na niby, 
Żaby 
Na aby-aby, 
A rak 
Byle jak.
Odezwie się więc ropucha: 
„Straszna u nas posucha, 
Coś zróbmy, coś zaróbmy, 
Trochę żywności kupmy! 
Jest sposób, ja wam mówię, 
Zacznijmy szyć obuwie!” 
No, ale cóż, kiedy ryby 
Szyły tylko na niby, 
Żaby 
Na aby-aby, 
A rak 
Byle jak.
Lin wreszcie tak powiada: 
„Czeka nas tu zagłada, 
Opuściliśmy staw przeciw prawu - 
Musimy wrócić do stawu”. 
I poszły. Lecz na ich szkodę 
Ludzie spuścili wodę. 
Ryby w płacz, reszta też, lecz czy łzami 
Zapełni się staw? Zważcie sami, 
Zwłaszcza że przecież ryby 
Płakały tylko na niby, 
Żaby 
Na aby-aby, 
A rak 
Byle jak.

środa, 1 czerwca 2016

stopy / feet


Your feet
by Pablo Neruda

When I cannot look at your face
I look at your feet.
Your feet of arched bone,
your hard little feet.
I know that they support you,
and that your sweet weight
rises upon them.
Your waist and your breasts,
the doubled purple
of your nipples,
the sockets of your eyes
that have just flown away,
your wide fruit mouth,
your red tresses,
my little tower.
But I love your feet
only because they walked
upon the earth and upon
the wind and upon the waters,
until they found me. 



sobota, 28 maja 2016

afro brasil


Brazylijska tancerka i pedagog tańca Oyásomi Bárbara Rose prowadzi warsztaty tańca afro brasil w warszawskim Centrum Kultur Świata. Dawno nie czułam TAKIEJ pozytywnej energii. Coś niesamowitego w naszym kraju kaca i łupieżu. Szkoda, że to tylko dwa dni...

czwartek, 26 maja 2016

Dzień Matki


Wasze dzieci


Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi,
są synami i córkami powołanymi
do życia przez Życie,
przychodzą przez was, ale nie z was.
I choć są z wami, do was nie należą.

Możecie im przekazać waszą miłość,
ale nie wasz sposób myślenia.
Bo one mają swój własny.

Możecie przyjąć ich ciała,
ale nie ich dusze,
bo ich dusze zamieszkują dom jutra,
do którego wy nie możecie wejść nawet
w waszych snach.

Możecie starać się, by stać się jak one,
ale nie próbujcie czynić je takimi jak wy.

Bo życie nie cofa się i nie zatrzymuje
się na dniu wczorajszym. Jesteście łukami,
które wypuszczają dzieci jak żywe strzały:
Łucznik widzi na drodze cel do nieskończoności
i On was napina swą mocą, aby Jego strzały
mogły dolecieć szybko i daleko.

Oby wasze napięcie ręką Łucznika było ku radości,
bo kocha On tak samo strzałę lecącą,
jak i łuk, który już miejsca nie zmienia.


Khalil Gibran

wtorek, 24 maja 2016

W obronie Puszczy



To był marsz Entów w obronie Puszczy Białowieskiej. Na zdjęciu Piotr. Wywiad z Piotrem z dawnych czasów: wieś przywróciła go do życia

Wyślij list do Komisji Europejskiej http://kochampuszcze.pl/skarga/

A tutaj więcej o Puszczy zdjęcia z Puszczy

A jeszcze tutaj Lawendowe Pole i Lawendowe Muzeum Żywe czyli miejsca gdzie można spotkać Piotra

środa, 18 maja 2016

głowa / head




O głowie 

Głowa umie łączyć niebo z szyją
Niebo w szyje wpada poprzez głowę
Głowa często lubi być niczyją
I dlatego ciągle jest jak jest

Głowa mówi lubię kiedy mówię
Lubię głowić się i lubię lubić
Lubię łudzić się i łudzę ludzi
Że odcinam się by ich nie nudzić

Głowa widząc flagę mówi flaga
Kolor naszej flagi jest złożony
Kolor górny jest kolorem białym
Kolor dolny to kolor czerwony 

Klaus Mitffoch / Lech Janerka

niedziela, 15 maja 2016

kora


muzyczne spotkania na Saskiej Kępie 2016
Kan Kelen Fo
źródło: https://www.flickr.com/photos/gombek/albums/72157668162082645

Grioci

Kim jest griot

Słowo griot pochodzi od portugalskiego "criado", oznaczającego sługę, ale i barda, śpiewaka. Profesja griota polega na opowiadaniu historii, przekazywaniu tradycji ustnych, muzycznych i wiedzy pokoleń. Sztuka ta należy do tradycji wielu ludów afrykańskich, szczególnie do tych, zamieszkujących Senegal, Gambię, Mali, Wybrzeże Gwinejskie, Burkina Faso, część Sudanu. Każdy lud ma swój odpowiednik słowa griota; jest to djeli lub jali u Mandingów, awlube u Tukulerów, gewel u Wolofów.

Griot posiadał zawsze specyficzną pozycję w wiosce; otacza się go respektem, ale także obawia się jego siły pochodzącej z potężnej mądrości życiowej, wiedzy i znajomości spraw dotyczących całej społeczności.
Zawód griota w Afryce Zachodniej sięga 4.000 lat wstecz. Do historii przeszedł XIII-sto wieczny griota malijski Balla Fasséké, uważany za pierwszego griota w linii powierników historii królestwa Soundiata Keity, czy - także Malijczyk - szef griotów Bakary Soumano (1934-2003). Zapoczątkowali oni oddzielną, istotną w hierarchii społecznej Mandingów kastę opowiadaczy.
W czasach współczesnych grioci nie zawsze tworzą oddzielną kastę w społeczeństwie, jednak są poważani a ich sztuka wielce szanowana i coraz częściej stosowana w edukacji. Ich opowieści są nieodłączną częścią ważnych dla danej społeczności wydarzeń, festiwalów, ceremonii czy świąt.
CZY 'TYLKO' OPOWIADACZ BAJEK?
Nie każdy może zostać griotem - tradycyjnie jest to umiejętność dziedziczona z pokolenia na pokolenie. A do przekazania jest wiele: przede wszystkim same historie, ale i nie mniej ważne techniki opowiadania. Są one nie tylko natury aktorskiej; polegają na umiejętności 'wyczucia' słuchaczy i skupieniu ich uwagi na opowieści, na przekazaniu jej w najpełniejszy z możliwych sposobów, w kontekście, z którego wyrosły.
Zawodowy opowiadacz musi łączyć w sobie cechy mędrca, artysty, historyka, dyplomaty, czasem nawet wróżbity. Jego sukces i poważanie zależy dopracowania jego własnego warsztatu, od doświadczenia, wiedzy, mądrości życiowej, ale i cech osobistych składających się na jego charyzmę.
Griot musi być też muzykiem - jego nieodłącznymi rekwizytami są instrumenty takie jak; balafon, kora, proste odmiany harfy, bębny oraz różnego rodzaju przeszkadzajki. Śpiew jest wplatany w opowieści, jego działanie jest formą mnemotechniczną, daje "oddech" opowiadaczowi, wciąga słuchaczy zarówno w akcję opowieści jak i w jego bezpośrednią kreację. Taki jest bowiem cel opowiadania - pozostawienie jak największej ilości wrażeń i wiadomości w uczestnikach tego niepowtarzalnego wydarzenia.
Opowieści mogą być oparte na faktach historycznych, wątkach mitycznych, ale i informacjach współczesnych. Mogą pouczać, przypominać, nawet przepowiadać przyszłość. Są one zawsze nierozerwalnie połączone z pieśniami, muzyką i rytmem - piosenki mogą być uzupełnieniem opowieści, ich kontynuacją lub przerywnikiem. Dodają opowieściom kolorytu i tempa, pozwalają na utrzymywaniu słuchaczy w napięciu i uwadze.
GRIOCI W SPOŁECZEŃSTWIE
Żadna inna grupa społeczna w tradycyjnym społeczeństwie afrykańskim, nie wpływa tak bardzo na życie i światopogląd ludzi jak grioci. To oczy, uszy i usta społeczeństwa, w którym się narodzili i żyją. Stanowią zarówno pamięć jak i zwierciadło ludu.
Funkcja griotów polega na utrzymywaniu świadomości o wspólnych tradycjach, kulturze, na tworzeniu wspólnoty i budowaniu tożsamości świadomej, żywej. Uczą dzieci (i nie tylko!) mądrości dziadków, historii, mitów, muzyki ale i bystrości, kreatywności, słuchania drugiego człowieka i tworzenia wspólnoty z innymi ludźmi.
U Bambara i Malinké z Mali griotą może zostać też kobieta - jest ona przede wszystkim utalentowaną pieśniarką, wplatającą w swoje piosenki hymny pochwalne, przysłowia, wypowiedzi o charakterze moralizatorskim i pouczającym. Djelimousso - tak nazywa się opowiadaczki - przeobrażają się czasem w sławne gwiazdy muzyki popularnej.
http://afryka.org/afryka/kim-jest-griot,news/

niedziela, 27 marca 2016

Sen, czyli mała śmierć

Luty 2016.

Mam kupiony bilet na marcowe przedstawienie "Pupa". Balet inspirowany "Ferdydurke" Gombrowicza. 

Na FB Pawła Koncewoja widzę zaproszenie na przedstawienie "REM", do którego przygotowuje choreografię. Tylko trzy występy w marcu. Sprawdzam dostępność biletów. Niewiele... Czytam post Pawła. Patrzę na stronę, na której mogę kupić bilety. Czytam post Pawła. Dopytuję, czy na pewno tylko trzy. Na pewno. Patrzę na post. Kupuję bilet. Piszę u Pawła, że to skrajne burżujstwo być w Teatrze Wielkim dwa razy w jednym miesiącu. Mój post lajkuje także Piotr Hull - główny inicjator całego zamieszania, jego serce, dusza i mózg. Idąc jego śladem, wchodzę głębiej - czytam, oglądam. Jestem zafascynowana ideą przedsięwzięcia. Dlaczego wcześniej o tym nie wiedziałam? Czekam.

"Pupa" rozwala mnie na tyle, że jedyne co mogę powiedzieć i napisać to milion "aaaaaa" i że "kto nie był ten trąba". 

Nie mogę doczekać się "REMu". Czy będzie tak samo? Nie będzie. To przedstawienie o zupełnie innym charakterze. Ale emocjonalne rozłożenie na łopatki przez sztukę zawsze mile widziane. 

W końcu jest. Wielki Piątek. Przypomina mi się koncert Houka w Fugazi. Wielki Piątek ponad 20 lat temu. Misterium. Odganiam tę myśl. Jeśli zbuduję tak wielkie oczekiwania, z pewnością się rozczaruję. Ale coś się sączy... chcę, żeby było pięknie i poruszająco. Po to według mnie jest SZTUKA. W każdym wymiarze. 

"REM" to wydarzenie interdyscyplinarne. Marcin Bosak jako główny śniący. Paweł Koncewoj jako jego tańczące alterego. Przepiękne baleriny Polskiego Baletu Narodowego na pointach. Światło. Wideo. Muzyka. Marta Fiedler brzemienna w znaczenie. I Pani Zofia Rudnicka... której występ zamykający ten sen do dziś powoduje pojawianie się łez w moich oczach. 

Na przedstawieniu inna niż zazwyczaj widownia. Nie wszyscy są chyba stałymi bywalcami Teatru Wielkiego. Z jednej strony to dobrze - może się przekonają i będą częściej. Z drugiej strony szeleszczące papierki od cukierków i spoglądanie na telefony komórkowe gdy ciemność i światło grają role równorzędne z aktorem i tancerzami... no nie... Ale odpuszczam. Nie nakręcam się. Cała uwaga skierowana jest na scenę. Mam blisko. Siedzę w trzecim rzędzie. Czuję zapachy. Widzę najdrobniejsze drgnienia na twarzach.

Słowo. Wypowiadane doskonale. Wyreżyserowane bardzo dobrze. Ale samo w sobie nie w punkt. Cały czas gdzieś obok. Jak początkująca wokalistka, która nie może złapać tonacji. Już, już ją ma i po ułamku sekundy znowu się ześlizguje. Dwa razy tylko poszło bez fałszu: fragment-trailer z programu:

"Najpierw jest cisza. Trochę za długa pauza. Potem zawsze jest jakiś wybuch. Wybuch twardych, krótkich, rwanych zdań - na przykład. Topografia śmierci:

Dlaczego?

Dlaczego właśnie teraz?
Nie.

To niemożliwe.

Na zawsze...

i jeszcze:

Już nigdy więcej.

i:

Chciałbym cię teraz dotknąć palcem."

I sam koniec. Słów. Wypowiedzianych w kontrze do treści z błyskiem w oku.

I tyle.

Pozostałe elementy. Bez zastrzeżeń w zasadzie. Dopełnienie. Uzupełnienie. Yin i Yang. Jedność.

Światło. Magia. Zaczarowanie. Nie tło. Nie podkreślenie. Równoprawny członek trupy. Sypkie. Ostre. Mgliste. Balsamiczne. Rozedrgane. Nigdy za dużo. Nigdy za mało. Idealnie w punkt.

Muzyka. Z pogranicza jawy i snu. Delikatna, łagodna. Momentami bardzo nie z tego świata. Przenikająca przestrzeń i opływająca ciała tańczące na scenie. Wchodząca w nie i wydobywająca zupełnie nowe obrazy. Muskająca zakamarki duszy i pozostawiająca smugę cienia na sercu.

Wideo. Widziałam w nim swoje sny. Kiedy to co niemożliwe robi się oczywiste, a to co oczywiste ociera się o absurd. Ludzkie białko przepełnione jest pożądaniem. Ale to tylko białko. Natura radzi sobie z nim bardzo szybko. Choć wydaje mu się, że może więcej i lepiej i bardziej. Obrazy się wybrzuszają, a Salvador Dali z Luisem Bunuelem chichoczą gdzieś pod sufitem grając w rozbieranego berka.

Kostiumy. Przemyślne. Zmyślne. Przemyślane. Wymyślone jak we śnie i w towarzystwie Szalonego Kapelusznika. Kokony zamieniające się w spódnice. Podkreślenie absolutnie perfekcyjnych ciał balerin. Grungowe paczki zawieszone na koronkowych body w stylu new romantic z fetyszową zasłoną głowy i połowy twarzy. Czerwone usta. Niby proste. Niby oczywiste. A tak bardzo z okolic rapid eye movements. Ulotne i poruszające głęboko i na długo.

Choreografia. Pawła znam tylko z kreacji, które tworzy jako pierwszy solista na deskach Teatru Wielkiego. I odrobinę z FB, gdzie widać po prostu fajnego człowieka. Pani Zofia Rudnicka to legenda. Odebrali mi mowę tą choreografią. Zaczarowali. Uwiedli. Wyjęli serce, obrócili trzy razy i włożyli z powrotem. Pokazali to, co wiele razy chciałam zobaczyć. I chociaż miałam wrażenie, że ten układ nie wszedł jeszcze w każdą komórkę ciał tańczących na scenie, jakby zabrakło prób, czy czasu, to nie bolało... Poszczególne ruchy i pozy tworzyły oniryczną opowieść o sobie samym, poznawanym przez pryzmat zmysłów, doświadczeń, doznań i podejrzeń. Tego co swoje i tego co obce. Tego co wewnątrz i tego co na zewnątrz. Ocierania się o bramy, przejścia i wyjścia. O światy i przestrzenie odległe, ale bliskie. Na wyciągnięcie ręki sięgającej gdzie wzrok nie sięga. Bo kiedy indziej, jak nie we śnie, który jest małą śmiercią.

Najbardziej poruszające dla mnie fragmenty:

prezentacja wszystkich zmysłów i czasów; pokaz ich możliwości na pointach niczym wyszukany i ekstrawagancki pokaz mody; M. realny i M. ze snu niczym władcy przyglądający się swojemu haremowi; i stukot point, stukot point, poza za pozą, spojrzenie za spojrzeniem, doświadczenie za doświadczeniem;

wszystkie czasy zamknięte w jednym; ubrana na czarno balerina zdejmuje pointy; układa je obok; improwizacja; przeszłość, teraźniejszość i przyszłość; umierający czarny łabędź; ledwo chwytający powietrze; zwrot; czas zostaje zdjęty i odrzucony na bok; spod koronkowego kostiumu wybitnej tancerki wychyla dojrzała, doświadczona twarz, odsłonięta zostaje pomarszczona skóra; więcej i więcej; odchodzi w mrok; to koniec.




REM
23-25 MARCA 2016
TEATR WIELKI - OPERA NARODOWA

reżyseria i produkcja: PIOTR HULL
tekst i dramaturgia: ANKA HERBUT
muzyka komponowana: MARTA RADWAN
wokal: MARTA CARILLON
choreografia: PAWEŁ KONCEWOJ, ZOFIA RUDNICKA
wideo: MARTA IWAŃSKA
kostiumy: MARTA FIEDLER, AGATA STRZAŁKOWSKA
charakteryzacja: MAJA ADAMIAK
stylizacja włosów: SALON WILCZA 18 / BARBERIAN ACADEMY & BARBER SHOP
światła: MACIEJ IGIELSKI

w spektaklu wykorzystano utworzy Maxa Richtera: "A Blessing" i "Dona Nobis Pacem 2" oraz utwór Maxa Richtera, Elfy Run Kristinsdottir i Chui-Yee Trey Lee "Embers Alt Vision".

obsada:
MARCIN BOSAK - M
PAWEŁ KONCEWOJ - ALTER EGO M
ANNA LORENC - SMAK
ANNA CZESZEJKO - DOTYK
ANETA WIRA - SŁUCH
ELIZA TRAUTSOLT - WALASZCZYK - WĘCH
PAULINA JURKOWSKA - WZROK

POLINA RUSETSKAYA - PRZESZŁOŚĆ
YUKA EBIHARA - TERAŹNIEJSZOŚĆ
KAROLINA KIERMUT - PRZYSZŁOŚĆ

MARTA FIEDLER - POCZĄTEK
ZOFIA RUDNICKA - KONIEC












Zdjęcia pochodzą ze ston FB Pawła Koncewoja i Piotra Hulla. 


czwartek, 24 marca 2016

Może jednak - opowiadanie

Idziesz czasami i niby myślisz, a tak naprawdę nie myślisz. Idziesz i jesteś tym iściem, chodzeniem, ulicą, miastem. A czasem nawet nie idziesz tylko unosisz się lekko, bez poczucia chodnika, podeszwy, obcasa, nadwagi i biustu. 

Kosylin szła więc bezmyślnie choć nie bezrefleksyjnie. Była każdym krokiem, każdym dźwiękiem, każdym mijanym przechodniem. Odbicia w wielkich szybach wystawowych domów dawniej centrum zlewały się w jeden przemijający obraz. Zatrzymała się przygnieciona nagłym objawieniem powracających wspomnień. Spojrzała jeszcze raz. Nie wierzyła więc musiała sprawdzić. Była przekonana, że to odbicie odległego zakątka jej mózgu, a nie realna postać zarysowana na szybie. Ale postać przemieszczała się, choć nie tak energicznie jak powinna. Kosylin odetchnęła głębiej. Musiała podjąć decyzję: spotkać się z postacią czy iść swoją drogą, chowając postać tam skąd przyszła czyli ze śmierdzących naftaliną, ciemnych i ciasnych zakątków pamięci. 

Znasz to uczucie kiedy chcesz wiedzieć ale ślizgasz się po czymś niedookreślonym. Wydaje ci się, że już łapiesz odpowiedź, ale ona umyka niczym swawolne mydło w zbyt ciepłej kąpieli. Stała więc potrącana przez pospiesznych i ważyła. Jeśli tak, to wszystko wróci. Jeśli tak, to może zaboleć. Jeśli nie, to nigdy się nie dowie czy może jednak by zadziałało czy nie. Jeśli nie… Tak. Definitywnie tak. Odwróciła się. Rozejrzała bardzo uważnie. Nie zobaczyła w pierwszej chwili nikogo, kto mógłby przypominać postać w szybie, która uruchomiła potok wspomnień i unieruchomiła Kosylin na środku ruchliwego chodnika. Zaczęła iść szybko, coraz szybciej, kiedy przypomniała sobie, że pośpiech jej nie pomoże. Pomóc mogła tylko uważność i skupienie. Tak jak wtedy kiedy szukasz kluczy. Gdy się miotasz, nic z tego nie wynika. Gdy staniesz, zamkniesz oczy, przypomnisz sobie każdy, najmniejszy gest - dochodzisz z tymi zamkniętymi oczyma do miejsca, gdzie leżą klucze. Tak po prostu. 

Wzięła kolejny głęboki oddech. Nie bała się hiperwentylacji. Od 20 lat ćwiczyła jogę i medytacje. Oddychanie miała opanowane lepiej niż politycy kłamstwa. No więc wzięła ten kolejny głęboki oddech i krokiem prawie tak szybkim jak trucht ruszyła w przeciwnym niż dotychczasowy kierunku. Nie patrzyła w tłum. Wiedziała, że jest zbyt duży, zbyt pospieszny, zbyt homogeniczny. Patrzyła na szyby wystawowe. Po chwili zauważyła ją. Lekko przygarbioną. Chwila zatrzymania. A jeśli się myli? Nie… Szła dalej. Postać skręciła w Chmielną. Ona za nią. Wciąż nie mogła jej zobaczyć między ludźmi. Wyszukiwała odbicia w szybach mijanych sklepów. Czuła się coraz cięższa. Wiesz jak to jest. Coraz więcej myśli, a każda coś tam waży. Zamiast ulatywać i robić miejsce kolejnym zostają i zaczynają się tłoczyć niczym Japończycy w metrze w poniedziałkowy poranek. 

Tuż przed przejściem przez Nowy Świat postać zniknęła. Kosylin jednak nie zatrzymała się. Przeszła na drugą stronę, skręciła w kierunku Ronda de Gaulla i szła dalej. Nie wiedziała dokąd idzie, dopóki nie stanęła przed częściowo już odremontowaną kamienicą, w której kiedyś spędziła ostatnie chwile z umierającym przyjacielem. Chociaż, czy wiesz kiedy ktoś jest umierający gdy normalnie funkcjonuje, baluje, śmieje się i pieprzy? Pewnie nie. Nie da się tego zauważyć ot tak, po prostu, przy okazji imprezy. Umieranie to łóżko, choroba, szpital. Nikt nie widział, że kilka tygodni później Samika już nie będzie. A określenie przyczyny zgonu okaże się niemożliwe. 

W każdym razie Kosylin była zaskoczona faktem zatrzymania się przed tą kamienicą. Kątem oka zauważyła coś w oknie na drugim piętrze. Wbiegła na podwórze, otworzyła drzwi po lewej stronie i pokonując po kilka stopni naraz, w ciągu niespełna minuty znalazła się przed uchylonymi drzwiami. Weszła do środka. Jej wejście miało w sobie coś ze scen filmowych, kiedy główny bohater przybywa na miejsce swojego przeznaczenia. Wie, że nie wydarzy się nic dobrego, ale wciąż ma nadzieję. Wchodzi, a widzowi stają włosy na karku lub dostaje gęsiej skórki na rękach. Ewentualnie może jeszcze przeszyć go epicki dreszcz. 

Kosylin stanęła na progu ogromnego pomieszczenia. Nie było tu żadnych ścian działowych. Wysokie okna na ścianie po prawej stronie i na wprost wpuszczały całe światło słoneczne, które miało na to ochotę. Złote klamki tworzyły jedność z pozłacanymi stiukami. W najbardziej odległym kącie leżał materac ze wzburzoną pościelą. Tuż obok stały sztalugi z blejtramem zasłoniętym białym materiałem. Nigdzie nie widać było śladu farb. Nie czuć też było ich zapachu. Na ścianie po lewej widać było zarys dwóch par drzwi. Kosylin pomyślała, że muszą prowadzić do łazienki i kuchni. Parkiet z palisandrowej klepki zdobiony był rozetami z drewna acajou. Drzwi wejściowe zamknęły się. Kosylin podskoczyła, po czym pomyślała, że jest koszmarnie głupia. Ani to film, ani Ameryka, ani ona nie jest nie wiadomo kim. No może idiotką, która wchodzi bez pukania do nie swojego mieszkania. Gdy chciała się odwrócić i wyjść, drzwi na ścianie po lewej, te bliżej niej, otworzyły się. Zobaczyła zarys postaci, za którą szła. 

- Co tu robisz? – zapytał Mac. 
- Nie wiem. – powiedziała Kosylin, którą uderzyła bezbarwność głosu Maca. – Zobaczyłam cię na Marszałkowskiej i przyszłam tu za tobą. 
- Nie byłem dziś na Marszałkowskiej. 
- Słucham? – Kosylin nie wiedziała czy jej stary znajomy żartuje, czy chce ją sprowokować, czy może się przesłyszała. 
- Nie byłem dziś na Marszałkowskiej. Wczoraj też nie byłem. Nigdzie nie byłem od… - zawahał się przez chwilę. - …od kilkunastu miesięcy. 
- Nie rozumiem. – Kosylin czuła, że przestaje panować nie tylko nad sobą, ale i nad otaczającą ją rzeczywistością. Jakby wyśmiewała ją, znikała, pojawiała się z tyłu, krzyczała wielkie „kuku” i znowu pojawiała się gdzieś na suficie na przykład. Znasz to poczucie? Czasem przychodzi na kacu gdy człowiek jest kruchy i cenny niczym chińska waza z okresu dynastii Ming. A czasem gdy wejdziesz w wymyślony przez pisarczyka świat, jesteś tak bardzo tam, a matka woła, że kartofle i kotlet już na stole. 

- Czego nie rozumiesz? 
- Nie rozumiem co do mnie mówisz. To znaczy rozumiem słowa, ale nie rozumiem znaczenia. Jak to nigdzie nie byłeś od kilkunastu miesięcy? A twoja praca? Twoja kancelaria? Twoja żona? Twoja córka? Twój motor?
 - Żona odeszła i zabrała córkę. Zabrała też wszystkie rzeczy, ale te nigdy nie były mi do niczego potrzebne. Kancelaria się toczy. Ja nie-żyję. 
- Jak to nie żyjesz? 
- Nie-żyję. Nie mogę żyć bez mojej córki. 
- Ok… Teraz rozumiem. I nigdzie nie wychodzisz? 
- Nie. 
- Skąd masz jedzenie? 
- Nie mam. Matka przychodzi malować mój portret trumienny. 

Kosylin otworzyła usta, żeby zapytać wielkie CO, ale zamknęła je nic nie mówiąc. Postanowiła zrobić coś na kształt podsumowania. Mac został sam w swoim wypasionym na adwokackiej działalności mieszkaniu. Miał depresję. Nigdzie nie wychodził. Matka Maca była z wykształcenia mikrobiologiem. Pracowała na uniwersytecie. Kosylin nigdy wcześniej nie słyszała, żeby cokolwiek malowała. Ale ludzie z wiekiem wchodzą w nowe hobby. Nie ma się co dziwić. Ale dlaczego portret trumienny? Dlaczego nie po prostu portret? Dlaczego nie zatrudniła jakiegoś psychologa? Dlaczego nie ratowała swojego syna? Przecież zawsze był jej oczkiem w głowie. 

- Dlaczego twoja matka maluje akurat portret trumienny? 
- Bo wie, że niedługo umrę. Chce go mieć na wieczną pamiątkę. 
- Nie może ci zrobić zdjęcia? 
- Nie wiem. Musisz z nią porozmawiać. 
- Nie wiem czy ją spotkam. 
- Przychodzi tutaj. 
- No wiem. Mac… - Kosylin nie wiedziała, co ma powiedzieć. Wiedziała, że coś chce, ale nie umiała tego zwerbalizować. – Mac…  Mac patrzył na nią lecz jakby patrzył obok. 
- Jestem zmęczony. Muszę się położyć. 
- Dużo leżysz? 

Mac powoli podszedł do materaca. Usiadł na nim, a po chwili położył się układając sobie zwiniętą kołdrę pod głowę. Miał na sobie niezidentyfikowane spodnie do pół łydki, rozciągnięty, spłowiały t-shirt. Zniknęła muskulatura wypracowana przez lata obłąkanych ćwiczeń. Czarne, krótko strzyżone zazwyczaj włosy zastąpił siwiejący natłok prawie dredów. Policzki miał zapadnięte, a błyszczące kiedyś oczy, które tak ją zaczarowały, były szare, a może nawet żadne. Ale mimo to, a może właśnie dlatego, Kosylin nie chciała wyjść. Poczuła, że może to jest ten czas kiedy ich drogi znowu się połączą i już nigdy nie rozłączą. Mieli za sobą dwa burzliwe związki. Jeden zakończony jej nieziemskim wrzaskiem, o tym jak bardzo go nienawidzi. Drugi zakończony jego trzaśnięciem drzwiami i oskarżeniem o komercję, gdy powiedziała, że wyjeżdża na rok do Hong Kongu bo to pozwoli jej na karierowy skok wprost na stanowisko odpowiednio zarabiającego CEO. 
- Nie wiem. – Mac zamknął oczy. 
- Mac… Czy mogę coś dla ciebie zrobić? 
- Nie wiem. 
- Jeśli jest tak jak mówisz, to jakim cudem tu trafiłam? Tak, wiem, powiesz, że nie wiesz. Ja też nie wiem i mnie to przeraża. Bo może to znak. 
- Znak? 
- Znak… że jesteśmy dla siebie, albo… 
- Nie jesteśmy dla siebie. Spieprzyliśmy sprawę. Masz dzieci? 
- Nie… 
- Ja miałem córkę. 
- Wiem.  
- Najpiękniejszą córkę na świecie. Najmądrzejszą i najlepszą. Wyglądała jak milion dolarów. Wystarczyło, żeby spojrzała na jakiś tekst i już go umiała. Mówili, że ma autyzm. Ale ja z nią normalnie rozmawiałem. I przytulała się do mnie. Śmiała się. Biegała. Skakała przez skakankę. Graliśmy w siatkówkę i babingtona. Rozumiesz? 
- Rozumiem. 
- A teraz jej nie ma. Zamknęli ją. Zabrali. Prawa. Wszystko. 
- Dlaczego? 
- Nie wiem. 
- Wiesz… Mac, doskonale wiesz. Powiedz mi. Może ci to pomoże. Może jak zaczniesz mówić to wstaniesz i będziesz walczyć. W niczym nigdy nie byłeś tak dobry jak w walce. 
- Nie ma jak walczyć. Już. Nie. 
- Mac… błagam cię… Kosylin usiadła na materacu. Schowała głowę w dłonie. Chciała nie-być. Jedni mówią, że „zapaść się pod ziemię”. Ale ona nie chciała się zapadać. Chciała nie-być w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie radziła sobie. Nie umiała podnieść tego, co usłyszała. Nie rozumiała. Czuła pulsowanie w uszach i w nadgarstkach. Pulsowanie narastało. Czuła się tak, jakby jej naczynia krwionośne miały zaraz eksplodować. 
- Mac – szepnęła. 
- Nie mów nic. Połóż się koło mnie. 

Kosylin położyła się koło Maca. Wzięła go za rękę. Pulsowanie powoli odpuszczało. Gdy otworzyła oczy było zupełnie ciemno. Mac leżał dokładnie tak samo jak wcześniej. Oddychał równo. Ale jego twarz nie przypominała twarzy śpiącego, odpoczywającego człowieka. Była napięta do granic możliwości, lekko wykrzywiona grymasem cierpienia. Kosylin zaczęła się zastanawiać czy Mac nie czuje się gorzej gdy śpi. Kiedy z nim rozmawiała jego twarz była pozbawiona emocji. 

- Mac! – dotknęła jego ramienia. – Mac, obudź się. – Mac się nie poruszył. Wciąż spał i wciąż miał ten sam wyraz twarzy, jakby przez cierpienie chciał doznać zbawienia czy innego oświecenia. - Mac! – powiedziała głośniej i nachyliła się. Poczuła jego oddech na swoim policzku. Zastygła. Bardzo delikatnie położyła rękę na jego brzuchu. Nie ruszał się. Nie budził. Tak jak 24 lata wcześniej dotknęła jego penisa. Wtedy był twardy i gotowy. Miał 16 lat i cały świat do niego należał. Teraz go w zasadzie nie było. Kosylin nie wykonała żadnego gestu. Wydawało jej się świętokradztwem rozpalanie człowieka, który z miłości do swojej córki postanowił umrzeć. Z drugiej strony tak bardzo chciała go poczuć jeszcze choć raz, nawet jeśli miałby to być ostatni raz w jego życiu. Przez ułamek sekundy przemknęła jej myśl o nekrofilii. Ale on przecież żył choć chciał umrzeć. Ale żył. Choć może niekoniecznie. Bo jeśli nie było go na Marszałkowskiej to kto ją tu przyprowadził? Może leży martwy od dłuższego czasu, a ona rozmawia z jego duchem i dotyka jego truchła? Czuła jego oddech. Brzuch podnosił się i opadał miarowo. Ciało było ciepłe. Tylko fiut minimalny. Zabrała rękę. Przejechała palcem dookoła pępka i usiadła na skraju materaca. Nikt na nią nie czekał. Mogła zostać tak długo jak chciała. Może powinna wyjść na ulicę, kupić coś w okolicznej knajpie, zacząć go karmić i wypełniać pozytywnymi myślami. Może powinna wyjść na ulicę i pobiec ile sił w nogach do domu, pod prysznic, zmyć z siebie jego nieszczęście, upić się na umór i zapomnieć na wieki wieków amen. Myśli kłębiły się w głowie. Nie często pojawia się za dużo rozwiązań. Choć musisz przyznać, że w sytuacjach ważnych lecz nie ekstremalnych rzeczywiście jest ich za dużo, przez co z każdą sekundą coraz trudniej podjąć decyzję. Wciąż wyskakują nowe. Jak krosty w czasie ospy. A ty patrzysz, gencjanujesz i zastanawiasz się: ile jeszcze? Jak długo jeszcze? Może jednak już wystarczy? Hej, halo! 

Wstała. Z ulicy dobiegały głosy roześmianych, piątkowych, imprezujących ludzi. Przeciągnęła się. Spojrzała na Maca. Poświata latarni delikatnie oświetlała jego twarz. Wciąż nieszczęśliwą. Wciąż pełną bólu i niespełnionego cierpienia. Poczuła, że chce jej się pić. Jeśli drzwi bliżej wejścia były drzwiami do łazienki, a powinny być, bo jeśli Mac nic nie jadł to nie miał po co chodzić do kuchni, to te dalej powinny być drzwiami do kuchni. Choć w zasadzie te bliżej też mogły prowadzić do kuchni bo Mac musiał coś pić. No i nie wyglądał na takiego, który od kilkunastu miesięcy nic nie je. Chyba, że żywił się wspomnieniem miłości i rozpaczą. Kosylin ostrożnie, na palcach podeszła do dalszych drzwi. Otworzyła je i zobaczyła wielką ciemność. Poszukała dłonią kontaktu. Włączyła światło, które zakuło ją w oczy. Po chwili zorientowała się, że jest w przepięknej kuchni, pełnej pachnących owoców i warzyw. Doszła do wniosku, że to sen. Nalała sobie szklankę źródlanej wody dostarczanej tylko bardzo wybranym ludziom z miasta. Smakowała rewelacyjnie. Doszła do wniosku, że to jednak nie sen. We śnie woda nigdy nie smakowała. Nic nie smakowało. Jej sny były płaskie i bez wyrazu. Zaczęła się zastanawiać czy Mac ją okłamał. Bo jeśli nie wychodził, to skąd w jego kuchni świeże owoce? Idiotka… z firmy dystrybuującej wodę. Pewnie miał abonament z dawnych czasów. Przyjeżdżali w godzinach pracy, wchodzili, nie zauważali go leżącego na materacu, bo zazwyczaj nie widzi się tego, czego się nie spodziewa, wynosili co mieli do wyniesienia i zostawiali, co mieli do zostawienia. To by tłumaczyło fakt, że nie umarł z głodu. Żywił się owocami i warzywami. Pił wodę źródlaną. Matka pewnie przynosiła mu jakieś węglowodany i może mięso. A może nie. Może idea matki przychodzącej malować jego portret trumienny to efekt przemęczenia i stresu. Westchnęła głęboko. Po cholerę zastanawiała się na logistyką owocowo-źródlaną gdy w pokoju obok Mac nie-żył. Powinna pomyśleć jak go ożywić. Może załatwić mu spotkanie z córką. Może to dobry pomysł. Kosylin postanowiła, że rano namierzy jego córkę. Miała różne znajomości, z których w zasadzie prawie w ogóle nie korzystała. Tym razem sprawa była na tyle ważna, że nie wahała się przed jutrzejszym uruchomieniem ziemi, nieba a nawet piekła, jeśli trzeba będzie. Nie mogła pozwolić, żeby Mac tkwił w tym stanie. Usłyszała kroki na klatce schodowej. Zatrzymały się blisko drzwi. Drzwi, których nie zamknęła na żaden zamek. Ale drzwi nie otworzyły się. Stała nieruchomo. Nic się nie wydarzyło. Zero akcji. Zero dźwięków. Więc co się stało z osobą, która przyszła pod drzwi? Stała tam? Czy zdjęła buty i odeszła na paluszkach? A może to nie były kroki. Może to jej głowa generowała cokolwiek bo cisza była rzeczywiście piorunująca. Wszystko jedno. Kosylin musiała natychmiast udać się do łazienki. Wyszła więc z kuchni i otworzyła drugie drzwi. Łatwo znalazła kontakt. Wcale się nie zdziwiła widokiem marmurów, jacuzzi, fotokomórek i świeżych róż. Świeże róże w łazience umierającego z tęsknoty człowieka. Cóż za ironia losu…  Kosylin miała ochotę napełnić wannę ciepłą wodą i zanurzyć się w ozonowych bąbelkach. Ale znowu poczuła, że to nie będzie fair w stosunku do Maca. Na przyjemności jeszcze przyjdzie czas. Wyszła z łazienki, cichutko przeszła przez pokój i położyła się na materacu. Zaplotła swoje palce wokół palców Maca. Miał takie delikatne dłonie. Kiedyś były szorstkie i mocne. Dużo ćwiczył. I na siłowni i sztuki walki. Zajmował się też swoim motorem. Teraz bardziej przypominały ręce biurowego wymoczka. Kosylin zamknęła oczy. Postanowiła, że jutro ruszy do życia. Znajdzie jego córkę. Znajdzie mu terapeutę. Wyrzuci na śmietnik portret trumienny, który jak podejrzewała stoi na sztalugach. Bo przecież to wszystko nie mogło wydarzyć się bez powodu. Powodem było do trzech razy sztuka. I ten raz będzie ich ostatnim i na zawsze. Już się nie opuszczą. Ani w chorobie, ani do śmierci. Na zawsze razem. Bo choć człowiek to złączy, to człowiek w swojej dojrzałości niczego nie będzie rozłączać. 

Pani Dębińska herbu Rawicz błogosławiła dzień, w którym zapadła cisza. Najpierw myślała, że ogłuchła. Niemożliwe, żeby tak z dnia na dzień ustały skoki, śmiechy, chichy, szurania, walenia i te wszystkie inne dźwięki dochodzące zza ściany. Modliła się o ciszę i cisza została jej dana. Po chwili doszła do wniosku, że wcale nie ogłuchła. Słyszała ptaki za oknem, odległe burczenie autobusów i no siebie słyszała doskonale. Dzień wcześniej hałasy nasiliły się. Kulminacją był wrzask tej dziewczynki. Taki wrzask jakiego nawet w filmach horrorystycznych, na które trafiała skacząc po kanałach w kablówce, nie uświadczyła. Następnego dnia obudziła ją cisza. I trwała nieprzerwanie aż do dziś. Dziś też było cicho. Więc to nie tak, że nagle pojawił się hałas. Nic nie pojawiło się nagle, ale sączyło się minimalnie, by dziś osiągnąć apogeum. Był to smród. Koszmarny smród rozkładającego się na terenie popowodziowym, w czasie deszczowo-słonecznego lata, mięsa. Pani Dębińska herbu Rawicz postanowiła osobiście sprawdzić co tak cuchnie. Może to gołąb zaplątany w rynnie. Powoli wyszła ze swojego mieszkania na drugim piętrze pięknie wyremontowanej kamienicy przy ulicy Foksal. Smród uderzył ją niczym narodowiec lewaka. Zasłoniła sobie nos i usta bluzką. A może tylko jej się wydawało, że smród jest tak straszny? Bo wróciły wspomnienia z czasów wojny? Podobno zapach jest najbardziej nośnym śladem pamięciowym. Tak czy inaczej Pani Dębińska herbu Rawicz idąc za swoim nosem dotarła pod drzwi sąsiadów. Nie myśląc zbyt długo nacisnęła na klamkę. Stanęła na progu ogromnego pomieszczenia. Nie było tu żadnych ścian działowych. Wysokie okna na ścianie po prawej stronie i na wprost wpuszczały całe światło słoneczne, które miało na to ochotę. Złote klamki tworzyły jedność z pozłacanymi stiukami. W najbardziej odległym kącie leżał materac, na nim dwa ciała. A w zasadzie to, co z nich zostało. Częściowo wysuszone, częściowo zjedzone przez szczury. Ale to nie ciała śmierdziały. Śmierdziały leżące dookoła nich gryzonie, jakby zjedzone, martwe mięso ludzkie działało na nie jak trucizna. Pani Dębińska herbu Rawicz podeszła bliżej. Starała się omijać szczury. Wiedziała z filmów kryminalnych, że na miejscu zbrodni nie wolno niczego dotykać. Wiedziała też, że powinna natychmiast zadzwonić po policję. Jednak ciekawość była silniejsza. Podeszła więc do materaca i przyjrzała się wysuszonym ciałom. To był mężczyzna, jej sąsiad. Nie miała pojęcia skąd wie, że to on. Bo fryzurę miał inną. Ale wzrost ten sam. I coś jeszcze, coś ulotnego, coś czego nie da się nazwać żadnym słowem. Był elegancki i pomocny. Kiedyś. Teraz po prostu był. Obok niego leżała kobieta. Nie znała jej. To nie była jego żona. Jego żona miała tlenioną blond fryzurę i była niższa od tej kobiety. Uświadomiła sobie, że wraz ze zniknięciem hałasu, zniknęła też jego żona i córka. On sam pojawiał się czasami na podwórzu. Widziała go z okna. Kim więc mogła być ta kobieta? Jej szpilki leżały równo ułożone przy materacu. Obok stała torebka. Pani Dębińska herbu Rawicz już, już miała do niej sięgnąć gdy wzrok jej padł na dziwny przedmiot leżący u wezgłowiu materaca. Był to kawał blachy cynowej, na której widniał portret kobiety i mężczyzny. Jej sąsiada i pięknej nieznajomej. Przyjrzała się uważnie namalowanej twarzy. Popatrzyła na martwą kobietę. Miały takie same włosy. I ten sam perłowy naszyjnik. 




Copyrights by Joanna Wrześniowska, Warszawa 2016