niedziela, 27 marca 2016

Sen, czyli mała śmierć

Luty 2016.

Mam kupiony bilet na marcowe przedstawienie "Pupa". Balet inspirowany "Ferdydurke" Gombrowicza. 

Na FB Pawła Koncewoja widzę zaproszenie na przedstawienie "REM", do którego przygotowuje choreografię. Tylko trzy występy w marcu. Sprawdzam dostępność biletów. Niewiele... Czytam post Pawła. Patrzę na stronę, na której mogę kupić bilety. Czytam post Pawła. Dopytuję, czy na pewno tylko trzy. Na pewno. Patrzę na post. Kupuję bilet. Piszę u Pawła, że to skrajne burżujstwo być w Teatrze Wielkim dwa razy w jednym miesiącu. Mój post lajkuje także Piotr Hull - główny inicjator całego zamieszania, jego serce, dusza i mózg. Idąc jego śladem, wchodzę głębiej - czytam, oglądam. Jestem zafascynowana ideą przedsięwzięcia. Dlaczego wcześniej o tym nie wiedziałam? Czekam.

"Pupa" rozwala mnie na tyle, że jedyne co mogę powiedzieć i napisać to milion "aaaaaa" i że "kto nie był ten trąba". 

Nie mogę doczekać się "REMu". Czy będzie tak samo? Nie będzie. To przedstawienie o zupełnie innym charakterze. Ale emocjonalne rozłożenie na łopatki przez sztukę zawsze mile widziane. 

W końcu jest. Wielki Piątek. Przypomina mi się koncert Houka w Fugazi. Wielki Piątek ponad 20 lat temu. Misterium. Odganiam tę myśl. Jeśli zbuduję tak wielkie oczekiwania, z pewnością się rozczaruję. Ale coś się sączy... chcę, żeby było pięknie i poruszająco. Po to według mnie jest SZTUKA. W każdym wymiarze. 

"REM" to wydarzenie interdyscyplinarne. Marcin Bosak jako główny śniący. Paweł Koncewoj jako jego tańczące alterego. Przepiękne baleriny Polskiego Baletu Narodowego na pointach. Światło. Wideo. Muzyka. Marta Fiedler brzemienna w znaczenie. I Pani Zofia Rudnicka... której występ zamykający ten sen do dziś powoduje pojawianie się łez w moich oczach. 

Na przedstawieniu inna niż zazwyczaj widownia. Nie wszyscy są chyba stałymi bywalcami Teatru Wielkiego. Z jednej strony to dobrze - może się przekonają i będą częściej. Z drugiej strony szeleszczące papierki od cukierków i spoglądanie na telefony komórkowe gdy ciemność i światło grają role równorzędne z aktorem i tancerzami... no nie... Ale odpuszczam. Nie nakręcam się. Cała uwaga skierowana jest na scenę. Mam blisko. Siedzę w trzecim rzędzie. Czuję zapachy. Widzę najdrobniejsze drgnienia na twarzach.

Słowo. Wypowiadane doskonale. Wyreżyserowane bardzo dobrze. Ale samo w sobie nie w punkt. Cały czas gdzieś obok. Jak początkująca wokalistka, która nie może złapać tonacji. Już, już ją ma i po ułamku sekundy znowu się ześlizguje. Dwa razy tylko poszło bez fałszu: fragment-trailer z programu:

"Najpierw jest cisza. Trochę za długa pauza. Potem zawsze jest jakiś wybuch. Wybuch twardych, krótkich, rwanych zdań - na przykład. Topografia śmierci:

Dlaczego?

Dlaczego właśnie teraz?
Nie.

To niemożliwe.

Na zawsze...

i jeszcze:

Już nigdy więcej.

i:

Chciałbym cię teraz dotknąć palcem."

I sam koniec. Słów. Wypowiedzianych w kontrze do treści z błyskiem w oku.

I tyle.

Pozostałe elementy. Bez zastrzeżeń w zasadzie. Dopełnienie. Uzupełnienie. Yin i Yang. Jedność.

Światło. Magia. Zaczarowanie. Nie tło. Nie podkreślenie. Równoprawny członek trupy. Sypkie. Ostre. Mgliste. Balsamiczne. Rozedrgane. Nigdy za dużo. Nigdy za mało. Idealnie w punkt.

Muzyka. Z pogranicza jawy i snu. Delikatna, łagodna. Momentami bardzo nie z tego świata. Przenikająca przestrzeń i opływająca ciała tańczące na scenie. Wchodząca w nie i wydobywająca zupełnie nowe obrazy. Muskająca zakamarki duszy i pozostawiająca smugę cienia na sercu.

Wideo. Widziałam w nim swoje sny. Kiedy to co niemożliwe robi się oczywiste, a to co oczywiste ociera się o absurd. Ludzkie białko przepełnione jest pożądaniem. Ale to tylko białko. Natura radzi sobie z nim bardzo szybko. Choć wydaje mu się, że może więcej i lepiej i bardziej. Obrazy się wybrzuszają, a Salvador Dali z Luisem Bunuelem chichoczą gdzieś pod sufitem grając w rozbieranego berka.

Kostiumy. Przemyślne. Zmyślne. Przemyślane. Wymyślone jak we śnie i w towarzystwie Szalonego Kapelusznika. Kokony zamieniające się w spódnice. Podkreślenie absolutnie perfekcyjnych ciał balerin. Grungowe paczki zawieszone na koronkowych body w stylu new romantic z fetyszową zasłoną głowy i połowy twarzy. Czerwone usta. Niby proste. Niby oczywiste. A tak bardzo z okolic rapid eye movements. Ulotne i poruszające głęboko i na długo.

Choreografia. Pawła znam tylko z kreacji, które tworzy jako pierwszy solista na deskach Teatru Wielkiego. I odrobinę z FB, gdzie widać po prostu fajnego człowieka. Pani Zofia Rudnicka to legenda. Odebrali mi mowę tą choreografią. Zaczarowali. Uwiedli. Wyjęli serce, obrócili trzy razy i włożyli z powrotem. Pokazali to, co wiele razy chciałam zobaczyć. I chociaż miałam wrażenie, że ten układ nie wszedł jeszcze w każdą komórkę ciał tańczących na scenie, jakby zabrakło prób, czy czasu, to nie bolało... Poszczególne ruchy i pozy tworzyły oniryczną opowieść o sobie samym, poznawanym przez pryzmat zmysłów, doświadczeń, doznań i podejrzeń. Tego co swoje i tego co obce. Tego co wewnątrz i tego co na zewnątrz. Ocierania się o bramy, przejścia i wyjścia. O światy i przestrzenie odległe, ale bliskie. Na wyciągnięcie ręki sięgającej gdzie wzrok nie sięga. Bo kiedy indziej, jak nie we śnie, który jest małą śmiercią.

Najbardziej poruszające dla mnie fragmenty:

prezentacja wszystkich zmysłów i czasów; pokaz ich możliwości na pointach niczym wyszukany i ekstrawagancki pokaz mody; M. realny i M. ze snu niczym władcy przyglądający się swojemu haremowi; i stukot point, stukot point, poza za pozą, spojrzenie za spojrzeniem, doświadczenie za doświadczeniem;

wszystkie czasy zamknięte w jednym; ubrana na czarno balerina zdejmuje pointy; układa je obok; improwizacja; przeszłość, teraźniejszość i przyszłość; umierający czarny łabędź; ledwo chwytający powietrze; zwrot; czas zostaje zdjęty i odrzucony na bok; spod koronkowego kostiumu wybitnej tancerki wychyla dojrzała, doświadczona twarz, odsłonięta zostaje pomarszczona skóra; więcej i więcej; odchodzi w mrok; to koniec.




REM
23-25 MARCA 2016
TEATR WIELKI - OPERA NARODOWA

reżyseria i produkcja: PIOTR HULL
tekst i dramaturgia: ANKA HERBUT
muzyka komponowana: MARTA RADWAN
wokal: MARTA CARILLON
choreografia: PAWEŁ KONCEWOJ, ZOFIA RUDNICKA
wideo: MARTA IWAŃSKA
kostiumy: MARTA FIEDLER, AGATA STRZAŁKOWSKA
charakteryzacja: MAJA ADAMIAK
stylizacja włosów: SALON WILCZA 18 / BARBERIAN ACADEMY & BARBER SHOP
światła: MACIEJ IGIELSKI

w spektaklu wykorzystano utworzy Maxa Richtera: "A Blessing" i "Dona Nobis Pacem 2" oraz utwór Maxa Richtera, Elfy Run Kristinsdottir i Chui-Yee Trey Lee "Embers Alt Vision".

obsada:
MARCIN BOSAK - M
PAWEŁ KONCEWOJ - ALTER EGO M
ANNA LORENC - SMAK
ANNA CZESZEJKO - DOTYK
ANETA WIRA - SŁUCH
ELIZA TRAUTSOLT - WALASZCZYK - WĘCH
PAULINA JURKOWSKA - WZROK

POLINA RUSETSKAYA - PRZESZŁOŚĆ
YUKA EBIHARA - TERAŹNIEJSZOŚĆ
KAROLINA KIERMUT - PRZYSZŁOŚĆ

MARTA FIEDLER - POCZĄTEK
ZOFIA RUDNICKA - KONIEC












Zdjęcia pochodzą ze ston FB Pawła Koncewoja i Piotra Hulla. 


czwartek, 24 marca 2016

Może jednak - opowiadanie

Idziesz czasami i niby myślisz, a tak naprawdę nie myślisz. Idziesz i jesteś tym iściem, chodzeniem, ulicą, miastem. A czasem nawet nie idziesz tylko unosisz się lekko, bez poczucia chodnika, podeszwy, obcasa, nadwagi i biustu. 

Kosylin szła więc bezmyślnie choć nie bezrefleksyjnie. Była każdym krokiem, każdym dźwiękiem, każdym mijanym przechodniem. Odbicia w wielkich szybach wystawowych domów dawniej centrum zlewały się w jeden przemijający obraz. Zatrzymała się przygnieciona nagłym objawieniem powracających wspomnień. Spojrzała jeszcze raz. Nie wierzyła więc musiała sprawdzić. Była przekonana, że to odbicie odległego zakątka jej mózgu, a nie realna postać zarysowana na szybie. Ale postać przemieszczała się, choć nie tak energicznie jak powinna. Kosylin odetchnęła głębiej. Musiała podjąć decyzję: spotkać się z postacią czy iść swoją drogą, chowając postać tam skąd przyszła czyli ze śmierdzących naftaliną, ciemnych i ciasnych zakątków pamięci. 

Znasz to uczucie kiedy chcesz wiedzieć ale ślizgasz się po czymś niedookreślonym. Wydaje ci się, że już łapiesz odpowiedź, ale ona umyka niczym swawolne mydło w zbyt ciepłej kąpieli. Stała więc potrącana przez pospiesznych i ważyła. Jeśli tak, to wszystko wróci. Jeśli tak, to może zaboleć. Jeśli nie, to nigdy się nie dowie czy może jednak by zadziałało czy nie. Jeśli nie… Tak. Definitywnie tak. Odwróciła się. Rozejrzała bardzo uważnie. Nie zobaczyła w pierwszej chwili nikogo, kto mógłby przypominać postać w szybie, która uruchomiła potok wspomnień i unieruchomiła Kosylin na środku ruchliwego chodnika. Zaczęła iść szybko, coraz szybciej, kiedy przypomniała sobie, że pośpiech jej nie pomoże. Pomóc mogła tylko uważność i skupienie. Tak jak wtedy kiedy szukasz kluczy. Gdy się miotasz, nic z tego nie wynika. Gdy staniesz, zamkniesz oczy, przypomnisz sobie każdy, najmniejszy gest - dochodzisz z tymi zamkniętymi oczyma do miejsca, gdzie leżą klucze. Tak po prostu. 

Wzięła kolejny głęboki oddech. Nie bała się hiperwentylacji. Od 20 lat ćwiczyła jogę i medytacje. Oddychanie miała opanowane lepiej niż politycy kłamstwa. No więc wzięła ten kolejny głęboki oddech i krokiem prawie tak szybkim jak trucht ruszyła w przeciwnym niż dotychczasowy kierunku. Nie patrzyła w tłum. Wiedziała, że jest zbyt duży, zbyt pospieszny, zbyt homogeniczny. Patrzyła na szyby wystawowe. Po chwili zauważyła ją. Lekko przygarbioną. Chwila zatrzymania. A jeśli się myli? Nie… Szła dalej. Postać skręciła w Chmielną. Ona za nią. Wciąż nie mogła jej zobaczyć między ludźmi. Wyszukiwała odbicia w szybach mijanych sklepów. Czuła się coraz cięższa. Wiesz jak to jest. Coraz więcej myśli, a każda coś tam waży. Zamiast ulatywać i robić miejsce kolejnym zostają i zaczynają się tłoczyć niczym Japończycy w metrze w poniedziałkowy poranek. 

Tuż przed przejściem przez Nowy Świat postać zniknęła. Kosylin jednak nie zatrzymała się. Przeszła na drugą stronę, skręciła w kierunku Ronda de Gaulla i szła dalej. Nie wiedziała dokąd idzie, dopóki nie stanęła przed częściowo już odremontowaną kamienicą, w której kiedyś spędziła ostatnie chwile z umierającym przyjacielem. Chociaż, czy wiesz kiedy ktoś jest umierający gdy normalnie funkcjonuje, baluje, śmieje się i pieprzy? Pewnie nie. Nie da się tego zauważyć ot tak, po prostu, przy okazji imprezy. Umieranie to łóżko, choroba, szpital. Nikt nie widział, że kilka tygodni później Samika już nie będzie. A określenie przyczyny zgonu okaże się niemożliwe. 

W każdym razie Kosylin była zaskoczona faktem zatrzymania się przed tą kamienicą. Kątem oka zauważyła coś w oknie na drugim piętrze. Wbiegła na podwórze, otworzyła drzwi po lewej stronie i pokonując po kilka stopni naraz, w ciągu niespełna minuty znalazła się przed uchylonymi drzwiami. Weszła do środka. Jej wejście miało w sobie coś ze scen filmowych, kiedy główny bohater przybywa na miejsce swojego przeznaczenia. Wie, że nie wydarzy się nic dobrego, ale wciąż ma nadzieję. Wchodzi, a widzowi stają włosy na karku lub dostaje gęsiej skórki na rękach. Ewentualnie może jeszcze przeszyć go epicki dreszcz. 

Kosylin stanęła na progu ogromnego pomieszczenia. Nie było tu żadnych ścian działowych. Wysokie okna na ścianie po prawej stronie i na wprost wpuszczały całe światło słoneczne, które miało na to ochotę. Złote klamki tworzyły jedność z pozłacanymi stiukami. W najbardziej odległym kącie leżał materac ze wzburzoną pościelą. Tuż obok stały sztalugi z blejtramem zasłoniętym białym materiałem. Nigdzie nie widać było śladu farb. Nie czuć też było ich zapachu. Na ścianie po lewej widać było zarys dwóch par drzwi. Kosylin pomyślała, że muszą prowadzić do łazienki i kuchni. Parkiet z palisandrowej klepki zdobiony był rozetami z drewna acajou. Drzwi wejściowe zamknęły się. Kosylin podskoczyła, po czym pomyślała, że jest koszmarnie głupia. Ani to film, ani Ameryka, ani ona nie jest nie wiadomo kim. No może idiotką, która wchodzi bez pukania do nie swojego mieszkania. Gdy chciała się odwrócić i wyjść, drzwi na ścianie po lewej, te bliżej niej, otworzyły się. Zobaczyła zarys postaci, za którą szła. 

- Co tu robisz? – zapytał Mac. 
- Nie wiem. – powiedziała Kosylin, którą uderzyła bezbarwność głosu Maca. – Zobaczyłam cię na Marszałkowskiej i przyszłam tu za tobą. 
- Nie byłem dziś na Marszałkowskiej. 
- Słucham? – Kosylin nie wiedziała czy jej stary znajomy żartuje, czy chce ją sprowokować, czy może się przesłyszała. 
- Nie byłem dziś na Marszałkowskiej. Wczoraj też nie byłem. Nigdzie nie byłem od… - zawahał się przez chwilę. - …od kilkunastu miesięcy. 
- Nie rozumiem. – Kosylin czuła, że przestaje panować nie tylko nad sobą, ale i nad otaczającą ją rzeczywistością. Jakby wyśmiewała ją, znikała, pojawiała się z tyłu, krzyczała wielkie „kuku” i znowu pojawiała się gdzieś na suficie na przykład. Znasz to poczucie? Czasem przychodzi na kacu gdy człowiek jest kruchy i cenny niczym chińska waza z okresu dynastii Ming. A czasem gdy wejdziesz w wymyślony przez pisarczyka świat, jesteś tak bardzo tam, a matka woła, że kartofle i kotlet już na stole. 

- Czego nie rozumiesz? 
- Nie rozumiem co do mnie mówisz. To znaczy rozumiem słowa, ale nie rozumiem znaczenia. Jak to nigdzie nie byłeś od kilkunastu miesięcy? A twoja praca? Twoja kancelaria? Twoja żona? Twoja córka? Twój motor?
 - Żona odeszła i zabrała córkę. Zabrała też wszystkie rzeczy, ale te nigdy nie były mi do niczego potrzebne. Kancelaria się toczy. Ja nie-żyję. 
- Jak to nie żyjesz? 
- Nie-żyję. Nie mogę żyć bez mojej córki. 
- Ok… Teraz rozumiem. I nigdzie nie wychodzisz? 
- Nie. 
- Skąd masz jedzenie? 
- Nie mam. Matka przychodzi malować mój portret trumienny. 

Kosylin otworzyła usta, żeby zapytać wielkie CO, ale zamknęła je nic nie mówiąc. Postanowiła zrobić coś na kształt podsumowania. Mac został sam w swoim wypasionym na adwokackiej działalności mieszkaniu. Miał depresję. Nigdzie nie wychodził. Matka Maca była z wykształcenia mikrobiologiem. Pracowała na uniwersytecie. Kosylin nigdy wcześniej nie słyszała, żeby cokolwiek malowała. Ale ludzie z wiekiem wchodzą w nowe hobby. Nie ma się co dziwić. Ale dlaczego portret trumienny? Dlaczego nie po prostu portret? Dlaczego nie zatrudniła jakiegoś psychologa? Dlaczego nie ratowała swojego syna? Przecież zawsze był jej oczkiem w głowie. 

- Dlaczego twoja matka maluje akurat portret trumienny? 
- Bo wie, że niedługo umrę. Chce go mieć na wieczną pamiątkę. 
- Nie może ci zrobić zdjęcia? 
- Nie wiem. Musisz z nią porozmawiać. 
- Nie wiem czy ją spotkam. 
- Przychodzi tutaj. 
- No wiem. Mac… - Kosylin nie wiedziała, co ma powiedzieć. Wiedziała, że coś chce, ale nie umiała tego zwerbalizować. – Mac…  Mac patrzył na nią lecz jakby patrzył obok. 
- Jestem zmęczony. Muszę się położyć. 
- Dużo leżysz? 

Mac powoli podszedł do materaca. Usiadł na nim, a po chwili położył się układając sobie zwiniętą kołdrę pod głowę. Miał na sobie niezidentyfikowane spodnie do pół łydki, rozciągnięty, spłowiały t-shirt. Zniknęła muskulatura wypracowana przez lata obłąkanych ćwiczeń. Czarne, krótko strzyżone zazwyczaj włosy zastąpił siwiejący natłok prawie dredów. Policzki miał zapadnięte, a błyszczące kiedyś oczy, które tak ją zaczarowały, były szare, a może nawet żadne. Ale mimo to, a może właśnie dlatego, Kosylin nie chciała wyjść. Poczuła, że może to jest ten czas kiedy ich drogi znowu się połączą i już nigdy nie rozłączą. Mieli za sobą dwa burzliwe związki. Jeden zakończony jej nieziemskim wrzaskiem, o tym jak bardzo go nienawidzi. Drugi zakończony jego trzaśnięciem drzwiami i oskarżeniem o komercję, gdy powiedziała, że wyjeżdża na rok do Hong Kongu bo to pozwoli jej na karierowy skok wprost na stanowisko odpowiednio zarabiającego CEO. 
- Nie wiem. – Mac zamknął oczy. 
- Mac… Czy mogę coś dla ciebie zrobić? 
- Nie wiem. 
- Jeśli jest tak jak mówisz, to jakim cudem tu trafiłam? Tak, wiem, powiesz, że nie wiesz. Ja też nie wiem i mnie to przeraża. Bo może to znak. 
- Znak? 
- Znak… że jesteśmy dla siebie, albo… 
- Nie jesteśmy dla siebie. Spieprzyliśmy sprawę. Masz dzieci? 
- Nie… 
- Ja miałem córkę. 
- Wiem.  
- Najpiękniejszą córkę na świecie. Najmądrzejszą i najlepszą. Wyglądała jak milion dolarów. Wystarczyło, żeby spojrzała na jakiś tekst i już go umiała. Mówili, że ma autyzm. Ale ja z nią normalnie rozmawiałem. I przytulała się do mnie. Śmiała się. Biegała. Skakała przez skakankę. Graliśmy w siatkówkę i babingtona. Rozumiesz? 
- Rozumiem. 
- A teraz jej nie ma. Zamknęli ją. Zabrali. Prawa. Wszystko. 
- Dlaczego? 
- Nie wiem. 
- Wiesz… Mac, doskonale wiesz. Powiedz mi. Może ci to pomoże. Może jak zaczniesz mówić to wstaniesz i będziesz walczyć. W niczym nigdy nie byłeś tak dobry jak w walce. 
- Nie ma jak walczyć. Już. Nie. 
- Mac… błagam cię… Kosylin usiadła na materacu. Schowała głowę w dłonie. Chciała nie-być. Jedni mówią, że „zapaść się pod ziemię”. Ale ona nie chciała się zapadać. Chciała nie-być w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie radziła sobie. Nie umiała podnieść tego, co usłyszała. Nie rozumiała. Czuła pulsowanie w uszach i w nadgarstkach. Pulsowanie narastało. Czuła się tak, jakby jej naczynia krwionośne miały zaraz eksplodować. 
- Mac – szepnęła. 
- Nie mów nic. Połóż się koło mnie. 

Kosylin położyła się koło Maca. Wzięła go za rękę. Pulsowanie powoli odpuszczało. Gdy otworzyła oczy było zupełnie ciemno. Mac leżał dokładnie tak samo jak wcześniej. Oddychał równo. Ale jego twarz nie przypominała twarzy śpiącego, odpoczywającego człowieka. Była napięta do granic możliwości, lekko wykrzywiona grymasem cierpienia. Kosylin zaczęła się zastanawiać czy Mac nie czuje się gorzej gdy śpi. Kiedy z nim rozmawiała jego twarz była pozbawiona emocji. 

- Mac! – dotknęła jego ramienia. – Mac, obudź się. – Mac się nie poruszył. Wciąż spał i wciąż miał ten sam wyraz twarzy, jakby przez cierpienie chciał doznać zbawienia czy innego oświecenia. - Mac! – powiedziała głośniej i nachyliła się. Poczuła jego oddech na swoim policzku. Zastygła. Bardzo delikatnie położyła rękę na jego brzuchu. Nie ruszał się. Nie budził. Tak jak 24 lata wcześniej dotknęła jego penisa. Wtedy był twardy i gotowy. Miał 16 lat i cały świat do niego należał. Teraz go w zasadzie nie było. Kosylin nie wykonała żadnego gestu. Wydawało jej się świętokradztwem rozpalanie człowieka, który z miłości do swojej córki postanowił umrzeć. Z drugiej strony tak bardzo chciała go poczuć jeszcze choć raz, nawet jeśli miałby to być ostatni raz w jego życiu. Przez ułamek sekundy przemknęła jej myśl o nekrofilii. Ale on przecież żył choć chciał umrzeć. Ale żył. Choć może niekoniecznie. Bo jeśli nie było go na Marszałkowskiej to kto ją tu przyprowadził? Może leży martwy od dłuższego czasu, a ona rozmawia z jego duchem i dotyka jego truchła? Czuła jego oddech. Brzuch podnosił się i opadał miarowo. Ciało było ciepłe. Tylko fiut minimalny. Zabrała rękę. Przejechała palcem dookoła pępka i usiadła na skraju materaca. Nikt na nią nie czekał. Mogła zostać tak długo jak chciała. Może powinna wyjść na ulicę, kupić coś w okolicznej knajpie, zacząć go karmić i wypełniać pozytywnymi myślami. Może powinna wyjść na ulicę i pobiec ile sił w nogach do domu, pod prysznic, zmyć z siebie jego nieszczęście, upić się na umór i zapomnieć na wieki wieków amen. Myśli kłębiły się w głowie. Nie często pojawia się za dużo rozwiązań. Choć musisz przyznać, że w sytuacjach ważnych lecz nie ekstremalnych rzeczywiście jest ich za dużo, przez co z każdą sekundą coraz trudniej podjąć decyzję. Wciąż wyskakują nowe. Jak krosty w czasie ospy. A ty patrzysz, gencjanujesz i zastanawiasz się: ile jeszcze? Jak długo jeszcze? Może jednak już wystarczy? Hej, halo! 

Wstała. Z ulicy dobiegały głosy roześmianych, piątkowych, imprezujących ludzi. Przeciągnęła się. Spojrzała na Maca. Poświata latarni delikatnie oświetlała jego twarz. Wciąż nieszczęśliwą. Wciąż pełną bólu i niespełnionego cierpienia. Poczuła, że chce jej się pić. Jeśli drzwi bliżej wejścia były drzwiami do łazienki, a powinny być, bo jeśli Mac nic nie jadł to nie miał po co chodzić do kuchni, to te dalej powinny być drzwiami do kuchni. Choć w zasadzie te bliżej też mogły prowadzić do kuchni bo Mac musiał coś pić. No i nie wyglądał na takiego, który od kilkunastu miesięcy nic nie je. Chyba, że żywił się wspomnieniem miłości i rozpaczą. Kosylin ostrożnie, na palcach podeszła do dalszych drzwi. Otworzyła je i zobaczyła wielką ciemność. Poszukała dłonią kontaktu. Włączyła światło, które zakuło ją w oczy. Po chwili zorientowała się, że jest w przepięknej kuchni, pełnej pachnących owoców i warzyw. Doszła do wniosku, że to sen. Nalała sobie szklankę źródlanej wody dostarczanej tylko bardzo wybranym ludziom z miasta. Smakowała rewelacyjnie. Doszła do wniosku, że to jednak nie sen. We śnie woda nigdy nie smakowała. Nic nie smakowało. Jej sny były płaskie i bez wyrazu. Zaczęła się zastanawiać czy Mac ją okłamał. Bo jeśli nie wychodził, to skąd w jego kuchni świeże owoce? Idiotka… z firmy dystrybuującej wodę. Pewnie miał abonament z dawnych czasów. Przyjeżdżali w godzinach pracy, wchodzili, nie zauważali go leżącego na materacu, bo zazwyczaj nie widzi się tego, czego się nie spodziewa, wynosili co mieli do wyniesienia i zostawiali, co mieli do zostawienia. To by tłumaczyło fakt, że nie umarł z głodu. Żywił się owocami i warzywami. Pił wodę źródlaną. Matka pewnie przynosiła mu jakieś węglowodany i może mięso. A może nie. Może idea matki przychodzącej malować jego portret trumienny to efekt przemęczenia i stresu. Westchnęła głęboko. Po cholerę zastanawiała się na logistyką owocowo-źródlaną gdy w pokoju obok Mac nie-żył. Powinna pomyśleć jak go ożywić. Może załatwić mu spotkanie z córką. Może to dobry pomysł. Kosylin postanowiła, że rano namierzy jego córkę. Miała różne znajomości, z których w zasadzie prawie w ogóle nie korzystała. Tym razem sprawa była na tyle ważna, że nie wahała się przed jutrzejszym uruchomieniem ziemi, nieba a nawet piekła, jeśli trzeba będzie. Nie mogła pozwolić, żeby Mac tkwił w tym stanie. Usłyszała kroki na klatce schodowej. Zatrzymały się blisko drzwi. Drzwi, których nie zamknęła na żaden zamek. Ale drzwi nie otworzyły się. Stała nieruchomo. Nic się nie wydarzyło. Zero akcji. Zero dźwięków. Więc co się stało z osobą, która przyszła pod drzwi? Stała tam? Czy zdjęła buty i odeszła na paluszkach? A może to nie były kroki. Może to jej głowa generowała cokolwiek bo cisza była rzeczywiście piorunująca. Wszystko jedno. Kosylin musiała natychmiast udać się do łazienki. Wyszła więc z kuchni i otworzyła drugie drzwi. Łatwo znalazła kontakt. Wcale się nie zdziwiła widokiem marmurów, jacuzzi, fotokomórek i świeżych róż. Świeże róże w łazience umierającego z tęsknoty człowieka. Cóż za ironia losu…  Kosylin miała ochotę napełnić wannę ciepłą wodą i zanurzyć się w ozonowych bąbelkach. Ale znowu poczuła, że to nie będzie fair w stosunku do Maca. Na przyjemności jeszcze przyjdzie czas. Wyszła z łazienki, cichutko przeszła przez pokój i położyła się na materacu. Zaplotła swoje palce wokół palców Maca. Miał takie delikatne dłonie. Kiedyś były szorstkie i mocne. Dużo ćwiczył. I na siłowni i sztuki walki. Zajmował się też swoim motorem. Teraz bardziej przypominały ręce biurowego wymoczka. Kosylin zamknęła oczy. Postanowiła, że jutro ruszy do życia. Znajdzie jego córkę. Znajdzie mu terapeutę. Wyrzuci na śmietnik portret trumienny, który jak podejrzewała stoi na sztalugach. Bo przecież to wszystko nie mogło wydarzyć się bez powodu. Powodem było do trzech razy sztuka. I ten raz będzie ich ostatnim i na zawsze. Już się nie opuszczą. Ani w chorobie, ani do śmierci. Na zawsze razem. Bo choć człowiek to złączy, to człowiek w swojej dojrzałości niczego nie będzie rozłączać. 

Pani Dębińska herbu Rawicz błogosławiła dzień, w którym zapadła cisza. Najpierw myślała, że ogłuchła. Niemożliwe, żeby tak z dnia na dzień ustały skoki, śmiechy, chichy, szurania, walenia i te wszystkie inne dźwięki dochodzące zza ściany. Modliła się o ciszę i cisza została jej dana. Po chwili doszła do wniosku, że wcale nie ogłuchła. Słyszała ptaki za oknem, odległe burczenie autobusów i no siebie słyszała doskonale. Dzień wcześniej hałasy nasiliły się. Kulminacją był wrzask tej dziewczynki. Taki wrzask jakiego nawet w filmach horrorystycznych, na które trafiała skacząc po kanałach w kablówce, nie uświadczyła. Następnego dnia obudziła ją cisza. I trwała nieprzerwanie aż do dziś. Dziś też było cicho. Więc to nie tak, że nagle pojawił się hałas. Nic nie pojawiło się nagle, ale sączyło się minimalnie, by dziś osiągnąć apogeum. Był to smród. Koszmarny smród rozkładającego się na terenie popowodziowym, w czasie deszczowo-słonecznego lata, mięsa. Pani Dębińska herbu Rawicz postanowiła osobiście sprawdzić co tak cuchnie. Może to gołąb zaplątany w rynnie. Powoli wyszła ze swojego mieszkania na drugim piętrze pięknie wyremontowanej kamienicy przy ulicy Foksal. Smród uderzył ją niczym narodowiec lewaka. Zasłoniła sobie nos i usta bluzką. A może tylko jej się wydawało, że smród jest tak straszny? Bo wróciły wspomnienia z czasów wojny? Podobno zapach jest najbardziej nośnym śladem pamięciowym. Tak czy inaczej Pani Dębińska herbu Rawicz idąc za swoim nosem dotarła pod drzwi sąsiadów. Nie myśląc zbyt długo nacisnęła na klamkę. Stanęła na progu ogromnego pomieszczenia. Nie było tu żadnych ścian działowych. Wysokie okna na ścianie po prawej stronie i na wprost wpuszczały całe światło słoneczne, które miało na to ochotę. Złote klamki tworzyły jedność z pozłacanymi stiukami. W najbardziej odległym kącie leżał materac, na nim dwa ciała. A w zasadzie to, co z nich zostało. Częściowo wysuszone, częściowo zjedzone przez szczury. Ale to nie ciała śmierdziały. Śmierdziały leżące dookoła nich gryzonie, jakby zjedzone, martwe mięso ludzkie działało na nie jak trucizna. Pani Dębińska herbu Rawicz podeszła bliżej. Starała się omijać szczury. Wiedziała z filmów kryminalnych, że na miejscu zbrodni nie wolno niczego dotykać. Wiedziała też, że powinna natychmiast zadzwonić po policję. Jednak ciekawość była silniejsza. Podeszła więc do materaca i przyjrzała się wysuszonym ciałom. To był mężczyzna, jej sąsiad. Nie miała pojęcia skąd wie, że to on. Bo fryzurę miał inną. Ale wzrost ten sam. I coś jeszcze, coś ulotnego, coś czego nie da się nazwać żadnym słowem. Był elegancki i pomocny. Kiedyś. Teraz po prostu był. Obok niego leżała kobieta. Nie znała jej. To nie była jego żona. Jego żona miała tlenioną blond fryzurę i była niższa od tej kobiety. Uświadomiła sobie, że wraz ze zniknięciem hałasu, zniknęła też jego żona i córka. On sam pojawiał się czasami na podwórzu. Widziała go z okna. Kim więc mogła być ta kobieta? Jej szpilki leżały równo ułożone przy materacu. Obok stała torebka. Pani Dębińska herbu Rawicz już, już miała do niej sięgnąć gdy wzrok jej padł na dziwny przedmiot leżący u wezgłowiu materaca. Był to kawał blachy cynowej, na której widniał portret kobiety i mężczyzny. Jej sąsiada i pięknej nieznajomej. Przyjrzała się uważnie namalowanej twarzy. Popatrzyła na martwą kobietę. Miały takie same włosy. I ten sam perłowy naszyjnik. 




Copyrights by Joanna Wrześniowska, Warszawa 2016

środa, 3 lutego 2016

Drzewo miłości - opowiadanie

Żeby wyjaśnić dokładnie co się wydarzyło 25 stycznia 2012 roku muszę opowiedzieć na czym polega moja praca, jak wyglądały moje relacje z Panią Stanford i Panem Rosenbaumem, i z jakimi problemami tych dwoje zgłosiło się do mnie.

Podczas pierwszej wizyty pacjenci zawsze są spięci. Niby mamy XXI wiek, niby seks jest wszędzie, a gdy przychodzi co do czego to nikt nie umie na początku opowiedzieć bez stresu z czym przychodzi.

Tym większym zaskoczeniem była pierwsza wizyta Pani Stanford i Pana Rosenbauma. Nie, nie przyszli razem. Nie, nie byli parą. Podejrzewam, że nie wiedzieli nawet o swoim istnieniu. Ale obydwoje bardzo otwarcie, spokojnie i klarownie przedstawili mi swoje problemy.

Widziałem w życiu wielu onanistów. Zajmuję się seksuologią od 37 lat. Pracuję w państwowej poradni na 1/3 etatu, mam prywatny gabinet i wykładam na uniwersytecie. Sporo publikuję, często spotykam się z czytelnikami. Dostaję niemożliwe liczby listów i wiadomości. Ale takich onanistów jak tych dwoje naprawdę nigdy wcześniej nie spotkałem. Nie znalazłem też w literaturze żadnego opisu opowiadającego ich… no właśnie, czemu… chciałem powiedzieć zaburzeniu, ale wydaje mi się, że to nie było zaburzenie. Po tym co się później wydarzyło w zasadzie jestem pewien, że to nie było zaburzenie. Ani zaburzenie, ani choroba, ani nieprawidłowa osobowość, ani uszkodzenia neurologiczne. Żadna jednostka nozologiczna. Była to raczej pewna kondycja psychiczna, a może nawet mistyczna, która bezpośrednio przełożyła się na takie, a nie inne zachowania.

Pani Stanford miała 50 lat, troje dorosłych dzieci i męża, który zostawił ją gdy ich najmłodsze dziecko skończyło rok. Stwierdził, że nie nadaje się do życia w rodzinie. Przez kilka lat Pani Stanford miała mu to za złe. Gdy zmarł na malarię podczas podróży po Afryce, doszła do wniosku, że sprawiedliwości stało się zadość i temat męża został naturalnie zamknięty. Miewała przygodne kontakty seksualne, ale nigdy nie poczuła prawdziwego zrywu serca. Po kolejnych kilku latach zrezygnowała ze spotkań z mężczyznami. Umiała doskonale zaspokoić się sama. I robiła to. Najpierw kilka razy w tygodniu, później codziennie. Gdy trafiła do mnie robiła to kilka razy dziennie. Jej problem był dwojakiej natury. Po pierwsze, ponieważ preferowała orgazm łechtaczkowy, i było to główne miejsce stymulacji, z jej łechtaczki zaczął schodzić naskórek. Było to dość bolesne i uniemożliwiało regularną masturbację, na której Pani Stanford bardzo zależało. Po drugie moja pacjentka miała poczucie, że nie jest sobą w pełni. Podczas pierwszej wizyty nie umiała mi tego wyjaśnić. Później, krok po kroku, wspólnie doszliśmy do pewnych konkluzji. Czy to one były przyczyną wydarzenia, które miało miejsce 25 stycznia 2012 roku… nie wiem.

Pan Rosenbaum określał siebie mianem samotnika, choć po wysłuchaniu jego historii ja bym go tak nie nazwał. A może uściśliłbym to pojęcie, zawęził je do określenia: człowiek o duszy samotnika. Nigdy nie założył rodziny i nie brakowało mu jej. Lubił ciszę w swoim mieszkaniu, przestronną sypialnię i robienie tego co chciał, kiedy i jak chciał. Dzień przed pierwszą wizytą u mnie obchodził 55 urodziny. Nie umiał dokładnie określić liczby partnerek, z którymi sypiał. Zdarzał mu się seks z jedną przed wyjściem na przyjęcie, seks z drugą podczas przyjęcia i seks z trzecią, po przyjęciu, na przykład w drodze do domu. Uważał, że był dobry w łóżku, często słyszał to od kobiet. Ale czegoś mu brakowało. Nie wiedział, czy można nazwać to miłością. Bez względu na nomenklaturę czuł brak. Zrezygnował ze spotkań z kobietami i spróbował seksu z mężczyznami. Nie był to strzał w dziesiątkę. Bo choć lubił patrzeć na pięknie wyrzeźbione męskie ciała, mężczyźni nie pociągali go. Następnie udał się do klubu swingersów. Seks był szalony, ale poczucie braku coraz mocniejsze. Zrezygnował więc w ogóle z kontaktów seksualnych. Nie miał jednak w planach wstrzemięźliwości seksualnej. Postanowił robić to sam ze sobą i zobaczyć, co będzie działo się z poczuciem braku. Onanizował się bardzo często, w różnych miejscach i różnych nastrojach. Poczucie braku nie wzmagało się. Ustaliło pewien pułap i tkwiło tam, nienaruszalne. Pan Rosenbaum przyszedł do mnie ponieważ wykoncypował, że poczucie braku bierze się prawdopodobnie z niemożności przeżycia mitycznego, opisywanego w Kamasutrze i literaturze taoistycznej, orgazmu zjednoczenia. Co prawda seks z samym sobą powinien był temu zaradzić, a nie zaradził, ale Pan Rosenbaum trzymał się swojej teorii. Już podczas pierwszej wizyty wyjawił mi ją i zapytał, czy mogę nauczyć go takiego seksu, żeby poczucie braku go opuściło. Nie wyraziłem zgody otwarcie. Nie powiedziałem: och tak, oczywiście, proszę zdjąć spodnie, zaczynamy pierwszą lekcję. Dałem jedynie lekko do zrozumienia, że możemy próbować nad tym pracować. Może to był mój błąd. A może wręcz przeciwnie. Może gdybym odprawił go z kwitkiem, nie stałoby się to, co się stało. Nie wiem. Przez to wszystko mój gabinet stał się celem pielgrzymek ludzi z całego świata, a ja… no właśnie…

Tak, to co się wydarzyło 25 stycznia 2012 roku o godzinie 18.37 było nowe, odświeżające, zadziwiające i oszałamiające. Rozumiem, że może wydać się nieprawdopodobne, ale było absolutnie prawdziwe. Dzieci Pani Stanford z początku nie wierzyły. Gdy zobaczyły badania DNA też nie uwierzyły. Potrzeba było czasu, by przyjęły do swoich rozumów i serc to nowe rozdanie. Ale w końcu przyjęły je i z tego co mi wiadomo cała trójka jest szczęśliwa.

Wszystko zaczęło się od tego, że wziąłem do domu karty i nagrania z sesji Pani Stanford i Pana Rosenbauma. Chciałem po raz nie wiem już który wgryźć się w historię jednego i drugiego. Chciałem przeanalizować dobór słów, nauczyć się na pamięć ich mowy ciała, przypomnieć sobie moje własne uczucia gdy słuchałem ich opowieści. Lata doświadczenia sprawiły, że moje notatki ze spotkań z pacjentami są bardzo szczegółowe. Takie szczegóły przydają się też w pracy dydaktycznej. Studenci nie lubią teorii, zawsze najwięcej pytań dotyczy tego, co miało miejsce naprawdę: prawdziwych ludzi, prawdziwych problemów. Wydaje się, że scenariusze filmowe są takie powymyślane. A tak naprawdę to życie pisze najbardziej niesamowite scenariusze. Każdy to podskórnie czuje, choć boimy się o tym otwarcie mówić. Gdy opowiadam o wydarzeniu z 25 stycznia 2012 roku ludzie kiwają głowami. Racjonalny umysł mówi im: cóż za brednia, ten staruch to potrafi nieźle wymyślać. Lecz to coś, co jest głęboko w nas podpowiada: tak właśnie miało być, stało się pięknie, najpiękniej jak tylko mogło. Myślę, że dużo jeszcze czasu potrzebuje ludzkość, żeby zrozumieć mechanizmy takich wydarzeń. Ale wiem też, że czasami rozumienie wcale nie jest potrzebne. Wystarczy być i wszystko staje się jasne i oczywiste.

Czytałem ich karty naprzemiennie. Wydawało mi się, że widzę coś na kształt wspólnoty problemu. Obydwoje onanizowali się mocno i obydwoje mieli poczucie… jedno nie bycia w pełni sobą, drugie braku. Po za tym różniło ich wszystko. Pani Stanford była bardzo ekspresyjna, mówiła dużo, barwnie, mocno gestykulowała. Pan Rosenbaum mówił spokojnym głosem, robił dużo pauz, jego gesty były sprowadzone do minimum. Nie targały nim też tak potężne emocje. Element racjonalny miał nad nim pełnię władzy. A więc onanizm i poczucie. Każde z nich samo zrezygnowało z kontaktów seksualnych. Nie był to ani przypadek, ani wypadek, ani tak się nie ułożyło. Była to w pełni świadoma decyzja, która miała doprowadzić do rozwiązania problemu nie bycia w pełni sobą w jej przypadku i problemu poczucia braku w jego przypadku. Z każdym z nich pracowałem inaczej. Ona lubiła hipnozę. On wolał proste, najlepiej ujęte w punktach, pogadanki instruktażowe. Ona lubiła mówić o sobie. On unikał odpowiedzi na pytania, które wydawały mu się nie związane bezpośrednio z problemem.

Choć rzuciłem palenie dobrych 20 lat wcześniej, zapukałem do sąsiada, młodego muzyka czy kompozytora, który kopcił jak smok, i poprosiłem o papierosa. Dał mi całą paczkę i przeprosił za hałas sprzed tygodnia. Wyjaśnił, że musiał nagrać chaos. Powiedziałem, że wszystko jest ok, papierosy oddam jutro i życzę owocnej pracy. Wyszedłem na balkon. Nie chciałem, żeby żona poczuła, że palę. Choć pewnie i tak poczuła, ale o dziwo nic nie powiedziała. No więc wyszedłem na balkon, zapaliłem i zapatrzyłem się w gwiazdy. Nie często można ich zobaczyć aż tyle w mieście, ile ja zobaczyłem tamtej nocy. Nie wiem czy były remonty dróg, czy władze postanowiły oszczędzać prąd i wyłączyły część oświetlenia ulic. Tak czy inaczej gwiazd było mrowie, a gdzieś między nimi i mną krążyła odpowiedź. Jej dostrzeżenie było kwestią czasu. Nie wiem jak długo tam stałem gdy nagle zrozumiałem. Muszę ich ze sobą poznać! Może jedno da drugiemu to, czego mu brakuje i vice versa. Teraz musiałem już tylko obmyślić odpowiedni plan. Ona przychodziła zawsze we środy o 11.00, on we czwartki, o 18.00. Żadne z nich nigdy nie zgodziło się na przesunięcie terminu, woleli zrezygnować ze spotkania niż przyjść w inny dzień. Pomyślałem więc, że może powinni spotkać się po za gabinetem. Po chwili odrzuciłem tę myśl. Gabinet był swego rodzaju oazą. Tylko tam mogłem zagwarantować im odpowiedni poziom intymności. Postanowiłem więc zrobić mały remont. Oczywiście nie zaangażowałem się w prace, byłem mózgiem, a zaprzyjaźniona firma remontowa wykonawcą. Ale pozwolę sobie o remoncie pisać w osobie pierwszej ponieważ wszystko zostało zmienione według moich i tylko moich instrukcji.

Tak więc powiększyłem poczekalnię, żeby zamiast niewygodnych krzesełek zmieściły się tam komfortowe, ogromne kremowe fotele i kilka obrotowych lamp z powycinanymi wzorkami, które bawiły się przestrzenią. Ściany wykleiłem tapetą w eleganckie wzory w kolorze fuksji. Przy wejściu powiesiłem abstrakcję w stylu Picassa. W oczach postaci na opływającym dostatkiem barokowym obrazie w złotej ramie, wiszącym na przeciwległej ścianie, zrobiłem minimalne dziurki, w których umieściłem kamery. Tak, wiem, że to banał. Ale chciałem wiedzieć co się dzieje. A pacjenci podczas pierwszej wizyty, kiedy ustalamy zasady współpracy, podpisują dokument, że wyrażają zgodę na nagrywanie audio i wideo naszych wspólnych sesji. Jest też klauzula poufności… no ale ona mnie już nie obowiązuje. Tak czy inaczej nagrywać mogłem i chciałem z tego skorzystać. Czułem, że jestem na drodze ku czemuś wielkiemu i żałowałem, że nie ma nagrody Nobla w dziedzinie psychologii.

Remont był też doskonałym przyczynkiem do ustalenia nowych terminów spotkań. Udało mi się zaprosić ich na środę o 18.00. Obydwoje. Pierwsza przyszła ona. 10 minut przed czasem. Stwierdziła, że chce obejrzeć gabinet po remoncie. Przeprosiłem i wyjaśniłem, że mam jeszcze klienta i musi chwilę poczekać, ale że największe zmiany zaszły właśnie w poczekalni więc mam nadzieję, że te dziesięć minut upłynie jej na podziwianiu nowego wystroju. Uśmiechnęła się i skierowała ku obrazowi, temu z kamerami w oczach kilkorga barokowych postaci. Trochę się przestraszyłem, ale na szczęście nic nie zauważyła. Wszedłem cicho do gabinetu. Na ekranie komputera doskonale widziałem całą poczekalnię. Pięć minut później przyszedł on. Zmierzył ją od stóp do głów, rozejrzał się dookoła, kilka razy nabrał więcej powietrza, ale nic nie powiedział.

Drzwi do mieszkania mieszczącego się w przedwojennej kamienicy, w którym mam gabinet, są otwarte. Przycisk domofonu znajduje się w gabinecie. Gdy ktoś przychodzi za wcześnie, otwieram domofonem drzwi od klatki schodowej. Osobiście witam się z pacjentem po wyjściu poprzedniej osoby. Liczyłem na efekt zamieszania. Miałem nadzieję, że któreś z nich rozpocznie rozmowę na temat czekania aż dwojga osób. Do 18.05 milczeli jak zaklęci. Ona siedziała. On stał. W końcu zwrócił się do niej i zapytał czy ktoś u mnie jest. Skinęła głową. Nabrała powietrza jakby chciała coś powiedzieć, ale nic nie powiedziała. Patrzyła na niego i nic nie mówiła. Zupełnie jak nie Pani Stanford. On patrzył na nią i po krótkiej chwili stwierdził, że to dziwne, że obydwoje czekają, że to pewnie jakaś pomyłka, że się starzeję jeśli zapisałem dwie osoby na tę samą godzinę. Pan Rosenbaum zaczął roztaczać swój czar. Wcześniej nie miałem okazji oglądać go w akcji. Czasem coś wspominał na ten temat, ale nigdy go nie pociągnął. Mogłem się jedynie domyślać jak dobry musiał być w uwodzeniu. Chciałem, żeby zaprosił ją na kawę. Chciałem, żeby ona się zgodziła. Chciałem, żeby nie czekając na mnie wyszli razem i nigdy już do mnie nie wrócili. Chciałem, żeby byli szczęśliwi. Tymczasem ona siedziała, a on stał. Ona wpatrująca się w niego jak w święty obrazek, on w poświacie własnego czaru opowiadający żart o seksuologu. Ona opromieniona perlistym śmiechem. On pobłyskujący białymi, idealnymi zębami, rewelacyjnie podkreślającymi opaleniznę prosto z włoskich Alp. Czas się dla nich zatrzymał.

Nie wychodziłem przeprosić, że jeszcze nie skończyłem z poprzednim pacjentem. Wiedziałem, że nie mogę im przeszkadzać. Jeszcze chwila i sam uległbym ich czarowi. Wpatrywałem się w ekran komputera jak wół w malowane wrota. Podejrzewam, że miałem otwarte usta, a kropelki potu wystąpiły mi na czoło. Kiedy on jej zaproponuje tę kawę? A może to ona zaproponuje jemu? Dlaczego ona nic nie mówi? Dlaczego on mówi tak dużo? Dlaczego ona siedzi? Dlaczego on stoi? Miliony głupich pytań kotłowały się w mojej głowie. Nie wiem ile to trwało. Chyba niezbyt długo. Poczekalnia powoli wypełniała się białym światłem. Im więcej było światła, tym mniej widziałem na ekranie komputera. Udało mi się jeszcze dojrzeć, że ona wstaje, podchodzi do niego i bierze go za rękę. On zastyga na ułamek sekundy i bierze ją za drugą rękę. I stoją tak wpatrzeni w siebie. On już nic nie mówi. Ona uśmiecha się tylko. Stoją na środku poczekalni wypełnionej białym światłem, trzymają się za ręce i patrzą sobie w oczy. Później coś rozbłysło, jakby wystrzeliła raca. Komputer przestał działać. Gdy w końcu udało mi się otworzyć drzwi, zobaczyłem białe tornado wirujące w samym środku poczekalni. Stałem jak zamurowany. Dosłownie nie mogłem się ruszyć. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś takiego. A widziałem sporo. Dużo pracowałem, stać mnie było na podróże. No i sporo czasu spędzałem w internecie oglądając zdjęcia z całego świata. Naprawdę, czegoś takiego w życiu nie widziałem i nie sądzę, żeby ktokolwiek widział. Może oczami wyobraźni, może we śnie, ale nie w realnym świecie.

Z białego tornada zaczął wyłaniać się kształt. Na samym środku poczekalni, w mieszkaniu w starej kamienicy, w dobrej dzielnicy dużego miasta stało drzewo. Dziwne to było drzewo, poplątane, nieznanego gatunku. Jedna połowa pnia była ciemna, a druga jasna. Jasne i ciemne gałęzie przeplatały się w sobie tylko znanym porządku albo nieporządku. Po Pani Stanford i Panu Rosenbaum nie było śladu. Obszedłem drzewo kilka razy. Gałęzie były tak gorące, że musiałem zdjąć koszulę, otworzyć wszystkie drzwi i okna. Dotyk groził poparzeniem. Teraz już można ich dotykać. Są przyjemnie ciepli. Wtedy płonęli. Nie wiedziałem co począć. Chciałem zadzwonić do żony, ale pomyślałem, że mi nie uwierzy. Zdecydowałem się na telefon do sąsiada, tego muzyka od chaosu. Jeśli ktoś nagrywa chaos to może będzie umiał zrozumieć razem ze mną, co dokładnie się wydarzyło. To znaczy ja wiedziałem co się wydarzyło. Potrzebowałem świadka, który uwiarygodni moje przekonania. Oczywiście zapomniałem, że nie miałem jego telefonu. Po chwili namysłu zadzwoniłem więc do żony, żeby poszła do niego i wzięła numer. Chłopak odebrał od razu i powiedział, żebym natychmiast podał mu adres. Pojawił się na progu gabinetu niespełna siedem minut później, co oznaczało, że musiał jechać jak wariat. No więc pojawił się na progu ów młodzieniec, popatrzył, popatrzył, westchnął, zapalił papierosa, zgasił go na podłodze, roześmiał się, zapalił drugiego papierosa, zaciągnął się i powiedział: wiedziałem, kurwa, no wiedziałem! Po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł. I znowu zostałem sam z tym płonącym drzewem, które kiedyś było Panią Stanford i Panem Rosenbaum. Pół godziny później przyjechała żona. Weszła, objęła swoim przenikliwym spojrzeniem mnie, drzewo i całą poczekalnię, zmarszczyła lekko czoło i powiedziała, że przesadziłem z tym przyjaznym designem. I też wyszła.

Godzinę później zjawiła się pierwsza para. Podeszła do drzewa, dotknęła go, zrobiła sobie z nim zdjęcie i przesłała na Facebooka. Wychodząc podziękowała za możliwość doświadczenia prawdziwej miłości. Zamrugałem oczyma i tkwiąc wciąż w ogromnym zdziwieniu nie zdążyłem im nic powiedzieć. Komputer nie działał, sięgnąłem więc do kieszeni po telefon. Zalogowałem się na Facebooku. Mój gabinet został otagowany 12 738 razy. Ludzie przesyłali sobie zdjęcie pary pod drzewem, które stało na samym środku mojej poczekalni. Młody muzyk wysłał w świat informację, że Wszechświat jest dla nas łaskawy i dał nam Drzewo Miłości, że każda para, która go dotknie będzie żyła szczęśliwie przez wszystkie wcielenia. Notatka była umieszczona na interaktywnej mapie. Na mapie widniał adres mojego gabinetu.

Wysoki Sądzie, w kalendarzach obydwojga przy dacie 25 stycznia 2012, godzina 18.00 widniała notka: wizyta u S. Tak, wizyta u seksuologa. Teraz wszyscy wiedzą jak to się stało, że Pani Stanford i Pan Rosenbaum byli umówieni na tę samą godzinę. Nie zamordowałem Pani Stanford ani Pana Rosenbauma. Nie wiem dlaczego miałbym to robić. To byli wspaniali klienci i czułem, że poznając ich ze sobą mogę sprawić, że będą szczęśliwi. Być może moim przewinieniem było pragnienie stwórstwa, ta pycha, z którą walczyć musi i lekarz, i psycholog, i seksuolog. Wszystkim nam wydaje się, że możemy więcej niż tak naprawdę jest. Im dłużej pracujemy z ludźmi, tym większe mamy poczucie władzy nad nimi. To naprawdę trudne. Nie powinienem wchodzić w rolę demiurga. Zresztą, czy naprawdę w nią wszedłem? Wydaje mi się, że Pani Stanford i Pan Rosenbaum zakpili sobie ze mnie. Nie wiem jeszcze jaką rolę odegrał ten młody muzyk. Może to on wszystko ukartował? A może wymyślił? Bo skąd wiedział?




Copyrights by Joanna Wrześniowska, Warszawa 2012

środa, 27 stycznia 2016

Dwa światy i jeszcze jeden

Jest sobie osiedle. Mieszkaniowe. Zbudowane na terenach imprezy podmiejskiej. Są więc i stare domki, i nowe domy, i bloki sprzed 30 lat, i te współczesne. Są szkoły rejonowe i jest szkoła społeczna. Jest też klub karate, którego zajęcia odbywają się w szkole społecznej i w lokalnym klubie młodzieżowym.
Dzieci ćwiczą karate dwa razy w tygodniu. Dwa razy w roku jest egzamin na kolejne stopnie kyu. I wtedy w klubie osiedlowym spotykają się dzieci z osiedla i ze szkoły społecznej. A w szatni widać ich rodziców. I tak bardzo widać różnicę, że boli.
Twarze gładziutkie, zmejkapowane, włosy pięknie uczesane, pofarbowane, ultra zawodowo przycięte. Po drugiej stronie kucyki i zupełny brak makijażu. Paznokcie nawet jeśli pomalowane, to raczej krótkie, praktyczne. Kosmyki niesforne, zmarszczki, worki pod oczami. W biegu, prosto z autobusu. Albo klnąc pod nosem, bo wszędzie zaspy i  nie da się dziesięcioletnim fiatem tak łatwo zaparkować. Co innego quasi terenowe bmw – najmodniejszy pojazd w tym sezonie wśród mam ze szkoły społecznej.
Dzieci w butach ecco, kurtkach z zary, z iPadami w torbach. Dzieci w butach po rodzeństwie czy kuzynach, kurtkach z secondhandu, z komórkami sprzed dwóch sezonów. Albo bez komórek.
W dojo, na karateckiej sali ćwiczeń, wszyscy są równi. Wszyscy mają takie same karate-gi. Tam liczy się wytrwałość i wola walki. Czteroletni chłopiec wychodzi zdezorientowany. Za głośno, za duszno, za dużo ludzi. Nie zdaje egzaminu. Ktoś daje mu sok. Po chwili pojawia się mama. Przytula dziecko i mówi, że nic się nie stało, że spróbuje zdawać za pół roku. Chłopiec jeszcze mocniej przytula się do mamy i po chwili śmieje się i powtarza, że będzie zdawać egzamin za pół roku. Przecież nic się nie stało.
Rodzice z osiedla mają szare twarze. Nie rozmawiają ze sobą. Rodzice ze szkoły społecznej opowiadają o zajęciach z hiszpańskiego, z kaligrafii, o wyjazdach w Alpy.
Koniec egzaminu. Dzieciaki wybiegają, rozszalałe, radosne. Wszyscy zdali. Zmęczeni ale szczęśliwi. Zdali! Pierwszy karatecki egzamin w ich życiu.
Jeden chłopiec płacze w szatni. Nie wiadomo dlaczego. Zmęczona matka strofuje go od góry do dołu. Chłopiec prawie wpada w histerię. Ale nikt nie zwraca na nich uwagi. Rodzice z osiedla spieszą się, bo jeszcze tyle trzeba zrobić. Mamy ze szkoły społecznej zabierają dzieci na lody i pizzę.